WYWIAD: Tłumacz prezydentów, prezes, a dziś propagator szczęśliwego życia

Follow my blog with Bloglovin

Prezydent USA George H.W. Bush i Krzysztof Litwiński
Prezydent USA George H.W. Bush i Krzysztof Litwiński, fot. arch Krzysztof Litwiński

Krzysztof Litwiński, jeden z najlepszych tłumaczy j. angielskiego w Polsce w latach 80-90, później prezes firmy developerskiej budującej pierwszy biurowiec klasy A w Warszawie. Miał pracę marzeń, amerykańską pensję, super samochód, piękne biuro, dom, ekstra wakacje, ale nieruchomości nigdy nie pokochał i z czasem coraz bardziej się w nich męczył. Złote kajdanki trzymały go w tej pracy przez lata. Kuriozalnie wybawił kryzys na rynku nieruchomości w 2008r. Kiedy niespodziewanie stracił pracę a dostał w zarządzanie szkołę językową na skraju bankructwa wszedł na wyżyny swojej siły i profesjonalizmu i krok po kroku wyciągnął szkołę z tarapatów. Zajęło mu to 4 lata. Udało się, choć nie lubi tego słowa, dzięki systematycznej pracy i wytrwałości, bo wytrwały to on potrafi być. Dziś mówi, że był to najtrudniejszy okres w całym jego życiu, ale też najpiękniejszy. I że w wieku 57 lat jest szczęśliwy jak nigdy dotąd. Po wielu sztormach wszystko w jego życiu jest na swoim miejscu. W najtrudniejszych chwilach pomógł mu rozwój osobisty, bieganie i żona równie dzielna i pracowita jak on. Oto fragmenty wywiadu-rzeki:

To był nieżyjący już Premier Messner. Pamiętam, że miałem ochotę odmówić, bo się tego strasznie bałem. Ja mam mówić do premiera? Kurcze blade. Nie to, że mogłem wojnę światową wywołać przez jakiś błąd, ale stres z tym związany był niewiarygodny. To był taki czas kiedy odkryłem, że mam problem ze strachem, że ja się dużo w życiu boję. Ale już wtedy wiedziałem, że muszę ten strach pokonać. Nie w tej sytuacji, tylko w ogóle, jako cechę charakteru. Nie myślałem wtedy o rozwoju osobistym, bo w tamtych czasach nie istniało takie pojęcie, ale już wtedy postanowiłem sobie, że będę robił rzeczy, których się boję, bo przeczytałem u Heminwaya, że najlepsze na strach jest zrobienie tego czego się człowiek boi i wtedy strach się pokona. Nie mogłem zrozumieć co miał na myśli, ale postanowiłem mu uwierzyć. I do p. Messnera pojechałem tylko dlatego, że się tego bałem.

Rok później wybuchła wojna w zatoce perskiej. Już wtedy tłumaczyłem dużo znanych osób, kiedy zadzwoniono do mnie z telewizji. Chodziło im o to, aby na żywo tłumaczyć CNN w TVP1. Wojna właśnie się zaczęła i świat był tego bardzo ciekawy. To była dokładnie taka sama sytuacja. Nie potrzebowałem pieniędzy, bo zarabiałem na tłumaczeniach bardzo dobrze, chwały też z tego żadnej nie było, ale strasznie się bałem, więc pojechałem. Wracając do p. Messnera pamiętam jak dzisiaj, kiedy jechałem autobusem przez Plac Trzech Krzyży, było mi autentycznie niedobrze ze strachu. Myślałem, że wykorkuję. Jechałem i myślałam sobie, że chyba mi odbiło, że się na to zgodziłem. Ale poszedłem, zrobiłem to i to był taki przełomowy moment w moim życiu, że pokonałem strach, który wtedy absolutnie mnie przerósł. To są takie doświadczenia, które naprawdę zmieniają człowieka.

O pracy w PAP: Nie nużyło Cię siedzieć 8 godzin przed komputerem, tak statycznie i tłumaczyć?

Kiedy to robiłem czas znikał. Pracowałem na zmiany i moja żona miała nawet do mnie pretensje, bo np. dzwoniła o 23-ciej, mówiłem jej, że teraz nie mogę, bo news musi wyjść za 3 minuty i jak skończę to zadzwonię. I przypominało mi się, że mam oddzwonić do domu o 2.30. Tłumaczenie stało się moją pasją. Później tłumaczyłem różnych polityków, latałem dużo po świecie. Np. z A. Kwaśniewskim poleciliśmy na Daleki Wschód jeszcze kiedy był Ministrem Sportu. 20 godzin lotu, lądowanie, a potem tłumaczyłem przez kolejne 10 godzin. Fizycznie byłem zmęczony, ale to mi strasznie dużo energii i satysfakcji dawało tak, że pomimo zmęczenia byłem w swoim żywiole. Uwielbiałem ten stan.

O wizycie z premierem T. Mazowieckim w USA w 1991r.

(…) Więc jak pytasz jak ja się czułem w takich sytuacjach to jak wchodziliśmy na tę salę miałem samą adrenalinę w żyłach. Kiedy weszliśmy tam na moje oko było 200-300 dziennikarzy, obiektywów było tyle, że nie widzieliśmy twarzy spoza nich. To leciało na żywo w różnych telewizjach, stres zupełnie niesamowity, ale jednocześnie takie poczucie „dam radę” i totalnej koncentracji, żeby wyszło. To jest coś co bardzo rozwija osobowość – kiedy nie ma czasu, ani miejsca na to, żeby się zastanawiać jak się czujesz. Na końcu umysłu czujesz, że to stres, ale jesteś jak na linie nad przepaścią i wiesz, że musisz dojść do mety. To jest taki fajny rodzaj mobilizacji, z którego potem coś zostaje. Kiedy te sytuacje przeminą zostaje umiejętność skupienia się na jednym celu. Czułem się jak ryba w wodzie, chociaż fizycznie i psychicznie było to męczące. To nie było też łatwe dla rodziny, większość ludzi nie potrafiła wyobrazić sobie w jakiej ja sytuacji funkcjonuję, bo nikt nie miał takiej pracy.

A jak Twoje ego? No bo tłumaczyłeś taaakie osoby…

Nie było we mnie czegoś takiego, że jestem lepszy od innych, bo nie ma we mnie tendencji do wywyższania się. Trochę pewnie ego było dokarmione, bo miałem poczucie wyjątkowości tego co robię. Tłumaczy, którzy robili to tak jak ja w Polsce było może ze trzech w tamtym czasie. Byłem jednym z nielicznych ludzi, który pracowali jeszcze za premierów komunistycznych. Byłem tłumaczem Generała Jaruzelskiego, potem Prezydenta Wałęsy, Premiera Mazowieckiego. To była wyjątkowość, ale bardziej mojej sytuacji niż moja. Jak patrzę na swoje życie to zawsze byłem jakimś pomostem między ludźmi. I potem jak zająłem się coachingiem, trenowaniem i rozwojem osobistym swoim i ludzi to znowu stałem się pomostem między ludźmi a nimi samymi. Praca tłumacza zapina moje życie w pewną całość, chociaż zdawałoby się, że to było zrządzenie losu i dzieło przypadku. Do liceum Kopernika poszedłem, bo było w miarę blisko i było wyjątkowe, na studia, bo się bałem wojska, tłumaczem zostałem, bo wpadłem na mojego wykładowcę wychodząc z pracy, a do VIPów trafiłem, bo zachorował tłumacz premiera i zadzwoniono akurat do nas.

A potem jesteś w tej niewielkiej firmie deweloperskiej?

Ona była niewielka, ale w sumie bardzo silna. Pan Golub budował prestiżowe biurowce w bardzo dobrych lokalizacjach w Stanach, ale w Stanach pojawił się zastój i przyjechał do Polski, która właśnie się otworzyła. Bardzo odpowiadała mi ta praca; ci ludzie byli niezwykle inteligentni i imponowali mi pod względem zawodowym. Amerykanie, chciałbym, aby było to w Polsce normą, a nie jest, są organicznie od dzieciństwa nauczeni pracy nastawionej na osiąganie rezultatów. Można różne krytyczne opinie wyrażać na temat ich systemu, ale to są ludzie, którzy z reguły zadają sobie pytanie po co się coś robi i świetnie umieją robić to do czego ktoś ich zatrudnił. I ja, pracując z nimi kilkanaście lat, nauczyłem się pracować na rezultat. Wytrwały już byłem, ale u nich nauczyłem się takich technicznych umiejętności. Dotąd pracowałem na godziny, czyli jak nie pracowałem, bo byłem chory, to nie zarabiałem pieniędzy. A teraz dostałem miesięczną pensję, bardzo wysoką, właściwie amerykańską pensję w Polsce i to przez pierwsze parę miesięcy wystarczało mi na osłodę wszystkich niedogodności tej pracy, czyli uczenia się z dnia na dzień rzeczy, o których nie miałem zielonego pojęcia. Do tego moja firma stosowała „zimny chów cieląt”, typowo amerykańskie podejście: skoro jesteś menedżerem i my ci płacimy to masz robić to co menedżer ma robić. Czy umiesz to czy nie to nie nasz problem. Po to cię zatrudniliśmy, żeby o tym nie myśleć. Pierwszego dnia dostałem gruby segregator, a w nim budżet wielkiego budynku w Chicago, podobnego do tego, który miałem zbudować tu w Polsce i mam zrobić dla niego analogiczny budżet. Dostałem na to 2 czy 3 tygodnie i pomyślałem, że mam dużo czasu. Ale nawet nie wiedziałem wtedy co to właściwie jest ten budżet. Dzisiaj mógłbym sobie wstukać w Google i bym się dowiedział, ale wtedy Googla nie było. Skąd ja mam się dowiedzieć co to jest budżet? I zacząłem studiować ten segregator, żeby zrozumieć o co chodzi. Dostałem komputer, a w nim Lotus 123, Excela jeszcze wtedy nie było, ale i tak nie wiedziałem co z tym zrobić. Nikt mnie tego nie uczył. Myślę, że oni zakładali, że ja to powinienem wiedzieć, że to jest oczywiste (…)

Przecież jako tłumacz miałeś większy stres.

I tak i nie. Bo jako tłumacz byłem w 100% zależny od siebie. Wiedziałem, że jak się dobrze przygotuję i stanę na uszach to na pewno dam radę. A tutaj nagle jestem zastępcą dyrektora biurowca, który kosztował kilkadziesiąt milionów dolarów, ma 10 pięter, na każdym jest np. klimatyzatornia, która kosztuje ze 3 mln USD jedna i mam 4 techników polskich, którzy mi podlegają. Nie mam pojęcia technicznie co oni robią, nie jestem w stanie ocenić ich pracy, ale odpowiadam za to, żeby było wszystko tak jak trzeba. Mam takich najemców jak ING, PriceWaterhouse, to był pierwszy tej klasy budynek w Polsce, bank Schroeders z Londynu, Merck, czyli bardzo poważne firmy. Jestem odpowiedzialny za ściąganie czynszów. Więc z dnia na dzień spoczęło na mnie szereg spraw związanych z bardzo dużą odpowiedzialnością finansową. To ja odpowiadam za to, żeby nie powstały straty i żeby były zyski. To było coś co mnie wtedy kompletnie przerastało emocjonalnie. Po raz pierwszy w życiu byłem odpowiedzialny za coś na co nie miałem żadnego wpływu bezpośredniego. Np. musiałem wymagać od moich techników, ale musiałem pogodzić się też z tym, że nie patrzę im cały czas na ręce, bo nawet jak bym patrzył to nic mi to nie powie. Wtedy po raz pierwszy stanąłem wobec konieczności zarządzania ludźmi, tzn. spowodowania, żeby ludzie, których nie jestem w stanie do niczego zmusić chcieli robić to co robią najlepiej jak potrafią. I to akurat było coś co mi się bardzo spodobało. Bardzo szybko zrozumiałem metodą prób i błędów, że moim sposobem zarządzania nie jest krzyczenie na ludzi. Próbowałem tego z marnym skutkiem i zrozumiałem wtedy, że to nie jest moja droga. Są tacy co może są skuteczni wrzeszcząc, u mnie skutki były odwrotne do zamierzonych, tzn. człowiek był tak stłamszony, że bałem się, że za chwilę dostanie zawału. I zdałem sobie sprawę, że odkrywam zupełnie nową dziedzinę dla siebie, że można tak ułożyć relacje z ludźmi, żeby chcieli być najlepsi jak tylko mogą być. Nie dlatego, że im każę, tylko dlatego, że jestem w stanie obudzić w nich takie chcenie, albo je wzmocnić. Nie z każdym to się dało oczywiście, ale spodobało mi się to. Więc jeśli pytasz jak się wtedy czułem to tą część mojej pracy wspominam bardzo dobrze.

Po 2 miesiącach przyjechał p. Golub na inspekcję i pamiętam, że już miał się zbierać, ale mówi mi:

– Kris, tą sekretarkę będziesz musiał zmienić, nic z niej nie będzie, siedzi taki ponurak. Jesteśmy biurem obsługi klienta, przychodzą najemcy, a tu taka osoba.

Chwilę sobie o tym pomyślałem i poczułem, żeby się nie spieszyć, chociaż było to dla mnie trudne, bo widzisz, że cię twój pracownik nie znosi, ale nie robi tego w taki sposób, żeby można mu powiedzieć: Co się pani tak krzywi na mnie? Ale widzę to w jej oczach. Z drugiej strony ona ma wszystko świetnie zorganizowane, jak coś potrzebuję to jest, jak zobaczyłem jak ona ma dokumenty uporządkowane to byłem pod wrażeniem. Pomyślałem sobie, że ona jest cholernie kompetentna tylko ma ten stosunek do nas taki niedobry. I mówię do p. Goluba:

– Daj mi 3 miesiące. Jak nie uda mi się tego uleczyć to wtedy ją zmienimy.

– Ok, your call. „Twoja działka” powiedział i odjechał.

Jesteś wytrwały przecież…

No właśnie, jestem wytrwały i dałem sobie te 3 miesiące. Umówiłem się z nią na lunch do Marriota, po drugiej stronie ulicy. Wtedy lunch z pracownikiem to było coś niesłychanego, nie było takiej formuły w Polsce. I tak zaczęliśmy rozmawiać sobie. Ja już nie pamiętam tej rozmowy, ale coś się wtedy „odetkało”. Chyba zobaczyła we mnie człowieka. Myśmy się potem bardzo zaprzyjaźnili, pracowaliśmy ze sobą do końca kiedy byłem w tej firmie. Dzisiaj wspominam ją z wielkim sentymentem, bo jako sekretarka była po prostu niezrównana. Potem jak przyjeżdżał p. Golub to przedstawiał ją gościom i mówił, że jest to najlepsza sekretarka na świecie. To jest niesamowite. Ja nie mówię, że to było moje dzieło, bo ona po prostu taka była, ale stworzyłem jej warunki, że ona mogła siebie pokazać.

Rozkwitnąć?

Tak. To są takie rzeczy, do których chętnie wracam pamięcią. Cieszę się, że mamy dzisiaj tą rozmowę, bo nie pamiętałem o tym. Pamiętałem tę pracę z perspektywy stresów, że jej na co dzień nie lubiłem.

O liczbach i raportach

Kiedy pracowałem tam nigdy tego nie polubiłem, bo nikt mi nie pokazał do czego służą liczby. Dla mnie budżet był dlatego, że musi być, że tego żądają. Oczywiście nie byłem głupi, aby nie rozumieć, że tu są przychody a tu koszty, ale miałem chyba mentalność pracowniczą. Nie patrzyłem na to, że firma jest stworzona po to, że właściciel chce na niej zarobić. Dla mnie firma istniała po to, żebym ja miał tam miejsce pracy. Kiedyś jeden z moich znajomych, właściciel kilku firm, bardzo mądry człowiek, powiedział przewrotnie:

– Krzysztof, jaki jest cel zarządu?

– Przynosić zysk firmie, odpowiedziałem.

– Nie, celem większości zarządów jest mieć dobrą pensję, ładne biuro, samochód i sekretarkę.

Taki był wtedy mój cel – chciałem mieć dobrą pracę. I nie czułem związku między tym budżetem a sensem życia. Kiedy teraz prowadzę swoją firmę jest zupełnie inaczej. Bardzo lubię liczby i umiem je czytać. Teraz dopiero traktuję liczby jak klucz do świata, który chcę znać. Wtedy to miało się tylko dodawać i nie mogłem znaleźć w tym przyjemności.

Przed 40-tką nałożyły się Tobie dwie rzeczy: problemy prywatne i z pracą

Gdybym był szczęśliwy w życiu prywatnym to pewnie ciągnąłbym jeszcze tę pracę. Pomyślałbym: dobra, mamy kasę na wygodne życie, nie wszyscy muszą mieć pracę, którą uwielbiają. Ale nie widziałem przed sobą przyszłości, bo wiedziałem, że już nigdy nie pokocham nieruchomości. I czułem się jak w pułapce w moim życiu małżeńskim. Mam 2 dzieci, moje córki miały wtedy około 6 i 9 lat, nie brałem pod uwagę rozwodu. Nie zostawię mojej żony, nie rozwalę jej życia, choć sam już nie potrafię tak żyć. Wydawało mi się, że nie mam wyjścia i że tak musi być. I po raz drugi w życiu przeżyłem coś takiego, że mój świat widziany z zewnątrz przez innych ludzi był w ogromnej sprzeczności ze światem widzianym przeze mnie od wewnątrz.

To miało być moje następne pytanie. Czy ktoś na zewnątrz to widział?

Niektórzy widzieli, jak się potem okazało. Natomiast ja odkąd poszedłem na studia patrząc z zewnątrz byłem na samym topie. Dostałem się na nie jako Olimpijczyk, na studiach brylowałem. Przepraszam, że tak mówię, z taką nieskromnością. Nie to, że byłem jakimś geniuszem, ale byłem jednym z najlepszych studentów, potem miałem bardzo dobrą pracę, jedną i drugą. W każdej byłem wysoko oceniany, potem było tłumaczenie tych wszystkich wielkich ludzi, a potem wzięli mnie Amerykanie i też miałem wyjątkową pozycję. Więc patrząc z zewnątrz takie w ogóle dziecko szczęścia. Sukces goni sukces. W środku kompletnie nie czułem się człowiekiem sukcesu, bo wyszedłem z dzieciństwa kompletnie okaleczony w środku i myślący o sobie najgorzej jak się da. Im bardziej mi ktoś gratulował tym większą gorycz to w środku we mnie wywoływało, tym bardziej miałem wrażenie, że to jest nieprawda. Myślałem sobie: Ty nie wiesz jaki ja naprawdę jestem.

O rozstaniu

Ta decyzja przyszła do mnie kiedy byłem na nią gotowy. Dlatego uważam za mój kolejny punkt przełomowy grupę otwarcia u W. Eichelbergera i sięgnięcie po pomoc do kogoś. Bo za dużo czasu poświęciłem sam na ciągłe myślenie o moim małżeństwie, dlaczego tak długo żyjemy w konflikcie, i o tym, że się w pracy spalałem.

O prowadzeniu własnej firmy szybkiangielski.pl

Jak byłem małym dzieckiem to mój ojciec opowiadał mi jak jego znajomy pojechał na misję do Wietnamu. Wojsku zależało, żeby wysyłać ludzi na misje, nawet na 3-4 miesiące, na wojnę. Zapytałem: Tato, dlaczego im tak bardzo zależy, żeby wysyłać ludzi na te 3-4 miesiące na wojnę? No bo wiesz, 3-4 miesiące dla wojskowego na wojnie to tak jakby 5 lat w akademii. Wtedy nie zrozumiałem co on mówił, dziś te 5 lat jak prowadzę firmę jest jak 5 lat na linii frontu. To mi dało więcej doświadczenia życiowego i zawodowego niż wszystko co wcześniej robiłem.

Ta firma została zbudowana ciężką pracą, systematycznością i konsekwentnym zmierzaniem do celu. To się nie „udało”, to zostało świadomie zbudowane. Dzisiaj jest mocna finansowo. W porównaniu do innych szkół językowych w Polsce jesteśmy jednymi z najsilniejszych, bez dwóch zdań. Nikt nie ma takich klientów, nikt nie ma takiego produktu, chociaż imitują, opakowują, żeby wyglądało tak jak nasze. Ale nikt nie jest w stanie dać takich rezultatów swoim klientom jak my. To jest efekt mrówczej pracy dzień po dniu. Gdyby ktoś mi się zapytał o jedną rzecz, która była tutaj decydująca to powiedziałbym – moja determinacja. Nie ma takiej siły, żeby mnie coś zatrzymało.

Ale tak w ogóle dlaczego to robiłeś? Po pierwsze nie miałeś pieniędzy, po drugie jesteś wytrwały, po trzecie znasz narzędzia. Czy coś jeszcze?

Tak. Po czwarte pomaganie ludziom, co jest dla mnie bardzo istotne. Gdyby któregoś z tych elementów zabrakło to pewnie by się to nie udało, ale najważniejsze co mi daje energię to wizja, że tworzę coś niesamowitego. Jak fajnie, że o tym rozmawiamy. Nigdy tak na swoje życie nie patrzyłem, ale widzę pewną logikę w tym wszystkim. Zmienianie życia ludzi na lepsze i tworzenie swojej niezależności. I to jest dla mnie przesłanie dla ludzi z korporacji: ja dziś bym się bał pójść do pracy do kogoś. Poczucie bezpieczeństwa czerpię z tego, że ono zależy tylko ode mnie. Tu wiele rzeczy może się wydarzyć, są urzędy, są klienci, ale ja jestem w środku tych wydarzeń. To ja je kreuję, reaguję na to co się dzieje, więc moje poczucie bezpieczeństwa czerpię dzisiaj z poczucia, że ja jestem głównym sterującym. Wiem, że zawsze dam sobie radę, najwyżej będzie przez jakiś czas trudno.

Obecne pokolenie jest pierwszym, które będzie się uczyło całe życie. Dzisiaj już nie można kogoś nauczyć czegoś, dzisiaj już tylko można uczyć jak się uczyć, jak rozwijać. I tym chcę zajmować się przez resztę życia.

Co byś powiedział ludziom na zakręcie zawodowym?

Mnie uratował brak wyjścia.

A z drugiej strony wytrwałość.

Ja bym im poradził, żeby popatrzyli wstecz na swoje życie i zdali sobie sprawę, że ich obecna sytuacja nie była zawsze i nie będzie trwała zawsze. Ludzie tracą nadzieję wtedy kiedy wydaje im się, że ich trudne położenie dotyka wszystkich sfer ich życia i już się nigdy nie zmieni. Rok, dwa, 5 lat temu nie byłeś w takiej sytuacji. I za 5 lat też nie musisz być. Jak na to popatrzą to zobaczą jakiś kierunek działania. Ja dzisiaj tak nie myślę, ale wtedy kiedy czułem się jak w pułapce myślałem, że tak będzie zawsze. Że zawsze będę miał pracę, której za bardzo nie lubię, ale nie będę mógł jej zostawić, rodzinę gdzie mam więcej napięć niż czegoś innego i tak będę w tym tkwił, taki zawieszony jak w kokonie.

Skąd wziął się pomysł szkolenia o rozwijaniu swoich talentów?

Temat pojawił się w ramach Brian Tracy International. Współpracowaliśmy z ludźmi, którzy tym się zajmowali. Tak jak kiedyś zarządzanie czasem tak teraz odkryłem, że można zarządzać talentami. Że to nie jest jakaś nieokreślona chmura. Że to jest bardzo ważne, pomaga ludziom w życiu i zaobserwowałem, że można świadomie się tego uczyć.

Zauważyłeś, że w tych nieruchomościach tak trudno ci było, a kiedy tłumaczyłeś to samo płynęło.

Jak przeczytałem książkę Buckinghama (Teraz odkryj swoje silne strony) to zobaczyłem siebie. Zrobiłem test talentów Gallupa i byłem bardzo rozczarowany wynikami. Spodziewałem się, że wyjdą mi takie talenty jak dowodzenie, strateg, takie męskie, menedżerskie, a tu powychodziły jakieś same interpersonalne jak osiąganie, uczenie się, empatia, ale zobaczyłem prawdziwość tego co Buckingham pisał o talentach, że my mamy talenty, których nie doceniamy. To co w życiu nam wychodzi to dlatego, że sięgamy do naszych naturalnych talentów. Ja byłem genialnym pomostem między kulturami, bo czułem jak ludzie rozmawiali, o co im chodzi (…)

Kiedy byłoby najlepiej dla człowieka, żeby spotkał się taką wiedzą, z takim testem?

Wtedy kiedy zadaje sobie pytanie: „Co powinienem w życiu robić?” Nie kiedy pyta go mama. W obojętnie jakim wieku. Bo widzę, że w różnym wieku różnie to bywa. Znam ludzi, którzy mają 26-27 lat i nie zadają sobie w ogóle pytań co będą robić za 2, 5 lat. Wystarczy, że sobie siedzą i grają w gry komputerowe. I to wcale nie są głupi ludzie. Ale oni nie zadają sobie takich pytań. Taki człowiek posłany np. na Tony Robbinsa, który jest niesamowitym doświadczeniem zmieniającym życie, po tygodniu wróci do swoich starych przyzwyczajeń. Dlatego wiem, że nie należy wysyłać wszystkich ludzi na szkolenia, tylko robić to wtedy kiedy są gotowi. Moim zdaniem każdy człowiek powinien mieć szansę zetknięcia się z nowoczesnym badaniem talentów i co z tego wynika w momencie kiedy zadaje sobie pytanie: Co ja mogę, powinienem w życiu robić?

To może być w klasie maturalnej, na koniec studiów, w wieku 30, albo 40 lat?

Tak, albo w wieku 50 lat po zawale serca. Metryka nie ma znaczenia, ważny jest ten odpowiedni etap w życiu. Na pewno warto, żeby świadomi rodzice dawali swoim dorastającym dzieciom do zrobienia ten test i nie stawiali potem oczekiwań, które nie są dla nich. Jak ktoś ma takie talenty jak ja miałem: empatia, bliskość, a oboje rodzice są bankowcami i chcą, żeby ich dziecko było analitykiem, to niech po teście przynajmniej wiedzą, że od tego człowieka nie można tego oczekiwać. I niech się nie stresują, że spędza czas grając na gitarze, bo być może będzie to jego przyszłość.

O drugiej żonie i zwolnieniu z pracy

Starałem się chronić ją przed tą presją, a z drugiej strony ona chroniła mnie przed taką presją w jakiej facet jest często kiedy żona mówi „weź zrób coś”. Robię co mogę. Ale to nie jest coś co mogę z dnia na dzień zmienić. To jest ciekawa rzecz. Ta rozmowa dzisiaj strasznie dużo mi dała, nagle zobaczyłem logikę w moim życiu, której nigdy sobie nie uzmysławiałem, taką spójność całego mojego życia. Wiele rzeczy, które wydawały mi się jakimś przypadkiem, nagle okazuje się, że są spójne ze sobą od początku do końca. Pamiętam do dziś, że miałem bardzo jasną sytuację od odłożenia słuchawki kiedy to się stało, że będę musiał się zdobyć na rzeczy, na które nigdy wcześniej nie musiałem się zdobyć. Wiedziałem to od pierwszego momentu. Wiedziałem, że nigdy w życiu nie byłem w takim położeniu i jednocześnie widziałem, że świat się dalej kręci. Mi wszystko się zawaliło, a świat dalej się kręci.

(…) Naprawdę nie mam skąd wziąć kasy. Nie mam gdzie się cofnąć. I to w tym wszystkim było błogosławieństwem. Bo jak się człowiek nie ma gdzie cofnąć to się okazuje, że stać go na o wiele więcej niż mu się dotąd wydawało.

Największa siła pojawia się po tym kiedy pojawia się największy dół?

Pamiętam jak bardzo wspierało mnie to, że Aga miała do mnie zaufanie. Prawie tracimy dom, a ja lecę do Anglii na tygodniowe szkolenie za tysiące zł., bo mówię: Słuchaj ja muszę tam pojechać, bo taki, jaki jestem dzisiaj tego nie uniosę.

Zacząłem biegać z desperacji. To była taka presja, że zrozumiałem wtedy dlaczego ludzie się upijają. Bo masz cały czas taki nacisk jakbyś miał non stop stu kilowy worek na plecach. I myślisz sobie: zrzucić to chociaż na chwilę. I na parę godzin przestają czuć. Był taki czas, że nic nam nie wychodziło w firmie, tzn. nie zatonęła, ale nic nam nie szło. Pojechała np. prezenterka do Wrocławia przedstawić program grupie 15 osób i totalnie go spieprzyła. Tam była żona mojego znajomego i powiedziała mi, że prezentacja była kompletną porażką. Mocno na to liczyłem, to było dla nas bardzo ważne, bo mogło spłacić komornika. Pamiętam poszliśmy biec i myślę sobie, żeby choć mały sukces się pojawił, bo nie wiem ile jestem w stanie biec pod prąd kiedy zupełnie nic nie wychodzi. Strach to jest wyobraźnia nieukierunkowana. Nie wiadomo czego się boję, ale się boję. Bieg powoduje, że stopniowo z tej wyobraźni schodzi się coraz bardziej na ziemię. Jest tylko twój oddech, twoje zmęczenie, asfalt, wilgotność powietrza, mgła. Bieg powoduje, że na pewien czas to napięcie schodzi. Nie zapominasz o nim, ale jesteś „tu i teraz”. I tak się zaczęło bieganie. A teraz biegam z miłości.

?

Do żony.

Czyli jak jest bardzo ciężko to można albo się upić, albo biegać. Od czego zależy ten klik, że jedni wybierają to, a drudzy tamto?

Od decyzji. I od mądrości życiowej. Tony Robbins jest pierwszym człowiekiem od transformacji. On badał jak to się dzieje, że ludzie zmieniają swoje życie na lepsze, wychodzą z kryzysów. Jego fascynowało to, że ktoś chodził 10 lat na terapię i pewnego dnia zrozumiał co mu było i się zmieniał. Ale skoro to jest jeden moment to dlaczego nie znaleźć go od razu?

Agnieszka Bartosz-Litwińska, żona: To tak jak rzucałam palenie. W książce, którą czytałam było napisane, że ludzie często obiecują sobie rzucić palenie od poniedziałku, od lipca. Ale po co? Dlaczego nie teraz? Nie ma powodu do odkładania.

Krzysztof: Dlatego to musi być wysiłek. Najgorzej jest wyjść. Ale nawet jak wracam do domu i jestem skonany, ubieram się, wychodzę i biegnę. Zmęczenie mija czasem po paru minutach, a czasem po 3 km, ale zawsze mija. Okazuje się, że w każdej sytuacji to jest kwestia decyzji. I dlatego jak mi dzisiaj ktoś mówi, że nie ma wyjścia z jakiejś sytuacji, że nie może sobie z czymś poradzić to nie ulega dla mnie żadnej wątpliwości, że on na ten moment podjął decyzję, że sobie z tym nie poradzi. Bo jak podejmie decyzję, że sobie poradzi, to sobie poradzi. To z czym myśmy sobie poradzili w tej firmie przekracza ludzką wyobraźnię.

Po tym wszystkim co mi opowiedziałeś jak się dzisiaj, w wieku 57 lat ze sobą czujesz?

Że mam 57 lat to wiem z kalendarza. Mam wrażenie, że moje życie zaczęło się dopiero parę lat temu. Nie mogę się doczekać następnego dnia, tygodnia, miesiąca. Jestem bardzo podekscytowany tym co mnie czeka w nadchodzących latach, w tym biznesie, który sobie wymyśliłem. Długi czas do niego dojrzewałem i dokładnie wiem co chcę zrobić. Dokładnie doszlifowałem jak prowadzić biznes. Nie mogę się tego doczekać. *mowa o mogewszystko.pl

Krzysztof Litwiński, tłumacz prezydentów
fot. arch. Krzysztof Litwiński

Obojętnie, o której budzik zadzwoni wstajesz chętnie?

Nie, wstaję tak jak każdy, uwielbiam leżeć w łóżku, uwielbiam spać. Mamy 2 duże psy, które przychodzą z nami spać, więc czasem jak się budzę i mam obok ciepły łeb to w ogóle nie chce się wstawać, ale nic bym w moim życiu nie zmienił.

Co myślisz o spisaniu w książkę takich historii jak Twoja? Jakieś rekomendacje?

Rób w tej książce to co czujesz, gdzie chciałabyś pójść. Trzeba działać, odpalić, a potem dostosowywać. Nie ma co całe życie robić założeń. Bo może na końcu wyjść coś innego niż pomysł, z którym zaczynałaś. Słuchaj siebie. Gdzie ta książka, te rozmowy cię zaprowadzą. Jaki procent dnia poświęciłaś na pracę nad tą książką. To nie jest praca. Chociaż trochę jest. (śmiech).

Cudownie się Was słuchało. Dziękuję bardzo i niech ta historia idzie w świat!

PS. Wywiad ma oryginalnie 53 strony. Kolejne 3 wywiady są w trakcie przepisywania. Do poczytania wkrótce 🙂