WYWIAD: Tłumacz prezydentów, prezes, a dziś propagator szczęśliwego życia

Follow my blog with Bloglovin

Prezydent USA George H.W. Bush i Krzysztof Litwiński
Prezydent USA George H.W. Bush i Krzysztof Litwiński, fot. arch Krzysztof Litwiński

Krzysztof Litwiński, jeden z najlepszych tłumaczy j. angielskiego w Polsce w latach 80-90, później prezes firmy developerskiej budującej pierwsze światowej klasy biurowce w Warszawie. Miał pracę marzeń, amerykańską pensję, super samochód, piękne biuro, dom, ekstra wakacje, ale nieruchomości nigdy nie pokochał i z czasem coraz bardziej się w nich męczył. Złote kajdanki trzymały go w tej pracy przez lata. Kuriozalnie wybawił kryzys na rynku nieruchomości w 2008r. Kiedy niespodziewanie stracił pracę a dostał w zarządzanie szkołę językową na skraju bankructwa wszedł na wyżyny swojej siły i profesjonalizmu i krok po kroku wyciągnął ją z tarapatów. Zajęło mu to 4 lata. Udało się, choć nie lubi tego słowa, dzięki systematycznej pracy i wytrwałości, bo wytrwały to on potrafi być. Dziś mówi, że był to najtrudniejszy okres w całym jego życiu, ale też najpiękniejszy. I że w wieku 57 lat jest szczęśliwy jak nigdy dotąd. Po wielu sztormach wszystko w jego życiu jest na swoim miejscu. W najtrudniejszych chwilach pomógł mu rozwój osobisty, bieganie i żona równie dzielna i pracowita jak on. Oto fragmenty wywiadu-rzeki:

W jaki sposób wybrałeś swoje wykształcenie?

Tak jak pewnie większość ludzi tzn. ja go za bardzo nie wybierałem. W mojej rodzinie uważano za absolutnie oczywiste, że będę szedł na studia. Po prostu trzeba było skończyć studia, żeby mieć dobrą pracę. Pamiętam jak dzisiaj – był 3 września, początek roku szkolnego w trzeciej klasie liceum, obudziłem się w nocy i zacząłem obliczać kiedy będzie najbliższe wolne. I uzmysłowiłem sobie: kurcze, zostało mi właściwie półtora roku do egzaminu na studia. A ja nie wiedziałem na jakie, a po drugie nagle zdałem sobie sprawę, że to jest naprawdę niedużo czasu. I właściwie nic nie umiem – takie miałem o sobie wyobrażenie. Miałem dość dużą wiedzę ogólną, bo dużo czytałem, ale na pewno nie byłem przygotowany, żeby zdawać na studia. Zdjął mnie blady strach, że wezmą mnie do wojska na dwa lata. Tak wtedy było z chłopakami. A jak pójdę do wojska to wrócę bez mózgu i generalnie skończę życie na jego początku, nic mnie już w życiu nie spotka dobrego. To oczywiście był bardzo naiwny pogląd, ale dodało mi to niezwykłej energii do pracy.

Wykonałem w głowie kalkulację na co się mogę dostać. Uczyłem się wtedy w Liceum Kopernika w Warszawie, z wykładowym angielskim. Więc pomyślałem sobie, że jedyne na co mógłbym startować to anglistyka. Mieliśmy 13 godzin angielskiego tygodniowo, ale na anglistykę trzeba było również zdawać egzamin z polskiego, który był bardzo trudny. Gramatyki nienawidziłem i doszedłem do wniosku, że nie mam szans zdać tego egzaminu, więc jedyną moją szansą była … olimpiada językowa.

I przez następne dwa lata z ogromną determinacją, kiedy moi koledzy szli na piłkę, ja jechałem do biblioteki publicznej na ul. Koszykowej, siedziałem tam do zamknięcia i czytałem. Był podany zakres co trzeba umieć. Jak dzisiaj na to patrzę, to wtedy chyba magister anglistyki nie miał takiego przygotowania jak ja idąc na olimpiadę. Tony książek, ćwiczeń gramatycznych. Bardzo się do tego przyłożyłem. Na początku ze strachu, że pójdę do tego wojska, a potem mnie wciągnęło, bo jak człowiek zaczyna robić coś z przejęciem to go to wciąga, a jak go wciąga to zaczyna mu wychodzić. I zaczęło mi się to podobać.

Jakbyś miał ocenić ile więcej uczyłeś się od swoich rówieśników w szkole?

Chyba kilkunastokrotnie. Moi kumple wracali po szkole, odrabiali pracę domową, albo i nie, i zajmowali się czymś innym. Ja spędzałem 3-5 godzin dziennie ucząc się do olimpiady, 4-5 dni w tygodniu. Bardzo dużo. To zresztą przełożyło się potem na moją karierę. Nigdy tego nie żałowałem.

Po całym roku pracy, na koniec trzeciej klasy odbyła się olimpiada. Na studia bez egzaminu załapało się wtedy 20 laureatów, ja byłem 23-ci na całą Polskę, na 30 tysięcy dzieciaków. Z jednej strony wynik dobry, ale z drugiej porażka. I podjąłem decyzję, że uczę się następny rok, bo mam jeszcze jedną szansę. Za drugim razem się udało.

Pierwsza praca?

Znalazłem przypadkiem. Po studiach trzeba było jeszcze na rok pójść do wojska, ale ono już było trochę z przymrużeniem oka. Siedziałem za biurkiem i zajmowałem się tłumaczeniami. Któregoś razu wychodząc ze sztabu wpadłem na mojego wykładowcę od tłumaczenia, p. Lawendowskiego. Zapytał mnie czy nie szukam czasem pracy, bo jego kolega z Polskiej Agencji Prasowej (PAP) szuka tłumaczy, a on pamiętał, że byłem niezły. Powiedziałem, że właściwie to jest dobry pomysł, bo wojsko kończę za 3 miesiące, a nie mam jeszcze pracy. Nawet nie wiedziałem co chcę dalej robić. Dał mi telefon i umówiłem się na spotkanie. Przepacowałem tam dwa lata. To tam zaczęła się moja kariera, która, patrząc z zewnątrz przez następnych 15 lat, niewątpliwie była sukcesem. Miałem zawsze bardzo dobrą pracę, a tam gdzie pracowałem byłem ceniony.

Co tłumaczyłeś?

Tłumaczyłem newsy o Polsce, które były wysyłane w świat oraz newsy o świecie na polski. 10 linijek o tym, że wyprodukowano nowy traktor, a to, że było trzęsienie ziemi, a to, że strajk, że ukradli samochód. Dla tłumacza to była świetna szkoła.

Nie nużyło Cię siedzieć tak statycznie 8 godzin przed komputerem?

Kiedy to robiłem czas znikał. Pracowałem na zmiany i moja żona miewała do mnie pretensje, bo kiedy dzwoniła wieczorem, a za parę minut miał wyjść „news” mówiłem, że oddzwonię. I przypominało mi się parę godzin później, np. o 2.30 w nocy. Tłumaczenie stało się moją pasją. Do dzisiaj z resztą sprawia mi przyjemność, choć już prawie tego nie robię.

Później tłumaczyłem różnych polityków, latałem dużo po świecie. Np. z A. Kwaśniewskim poleciliśmy na Daleki Wschód jeszcze kiedy był Ministrem Sportu. 20 godzin lotu, lądowanie, a potem tłumaczyłem przez kolejne 10 godzin. Fizycznie byłem zmęczony, ale to mi dawało strasznie dużo energii i satysfakcji tak, że pomimo zmęczenia byłem w swoim żywiole. Uwielbiałem ten stan.

Strach

To był nieżyjący już Premier Z. Messner. Jego tłumacz zachorował. Pamiętam, że miałem ochotę odmówić, bo się strasznie bałem. Ja mam mówić do premiera??? Kurcze blade. Nie to, że mogłem wojnę światową wywołać przez jakiś błąd, ale stres z tym związany był niewiarygodny. W tamtym czasie odkryłem, że dużo się w życiu boję. Wiedziałem, że muszę ten strach pokonać. Nie w tej konkretnej sytuacji, tylko w ogóle, jako cechę charakteru. Nie myślałem wtedy o rozwoju osobistym, bo w tamtych czasach nie istniało takie pojęcie, ale postanowiłem sobie, że będę robił rzeczy, których się boję. Przeczytałem u Heminwaya, że najlepsze na strach jest zrobienie tego czego się człowiek boi i wtedy strach się pokona. Nie mogłem zrozumieć co miał na myśli, ale postanowiłem mu uwierzyć. Pamiętam jak dzisiaj, kiedy jechałem autobusem przez Plac Trzech Krzyży, było mi autentycznie niedobrze ze strachu. Myślałem, że wykorkuję. Jechałem i myślałam sobie, że chyba mi odbiło, że się na to zgodziłem. Ale zrobiłem to i to był taki przełomowy moment w moim życiu – pokonałem strach, który wtedy absolutnie mnie przerósł. Takie doświadczenia naprawdę zmieniają człowieka.

Rok później wybuchła wojna w zatoce perskiej. Już wtedy tłumaczyłem dużo znanych osób, kiedy zadzwoniono do mnie z telewizji. Chodziło o to, aby na żywo tłumaczyć telewizję CNN w TVP1. Ludzie byli żądni informacji na bieżąco. To była dokładnie taka sama sytuacja. Nie potrzebowałem pieniędzy, bo zarabiałem na tłumaczeniach bardzo dobrze, ale strasznie się bałem, więc pojechałem.

Widzę duże podobieństwo między przygotowaniami do olimpiady w bibliotece i tą stacjonarną pracą. A teraz stajesz się tłumaczem podróżującym, z adrenaliną, z politykami i telewizją. Więc tu dochodzą do głosu całkiem inne cechy. Jak w tym się czułeś, bo to był duży przeskok?

Czułem się jak ryba w wodzie. Po pierwsze, to co mnie wciągnęło to to, że się tego bałem, ale adrenalina była taka, że dzisiaj się uśmiecham kiedy o tym myślę.

O wizycie z premierem T. Mazowieckim w USA w 1991r. – konferencja w sprawie żydowskich roszczeń o polskie majątki tuż po upadku komunizmu

Przyjechaliśmy razem limuzyną. Wchodziliśmy po schodach po czerwonym dywanie i przywitał nas K. Sultanik, Prezes Światowego Kongresu Żydów. Schody ogromne, chyba ze dwa piętra i idziemy tak do sali, w której mamy przemawiać. I od samego progu Pan Sultanik mówi: – Panie Premierze, chciałem tylko uprzedzić, że tu są dziennikarze i telewizja (były tłumy, jakieś kilkaset osób, ta sprawa była bardzo nagłośniona), i że na konferencji poproszę Pana o wsparcie polskiego rządu dla naszych żądań, aby zwrócić zagrabione majątki. To była bardzo delikatna kwestia polityczna, na którą nie można było odpowiedzieć: „oddamy” czy „nie oddamy”. To nie mogła być taka odpowiedź. Mazowiecki miał ogromną wiedzę, ale nie był wtedy czynnym politykiem. Był dziennikarzem. Idziemy po tych schodach i on mówi: – Panie Krzysztofie, i co ja mam im odpowiedzieć? Właściwie bardziej zapytał siebie. Adrenalina była wtedy bardzo wysoka, a jednocześnie miałem poczucie, że to są zupełnie niesamowite przeżycia, że to jest coś co będę pamiętał do końca życia, czego nie da się z niczym porównać i co bardzo mało ludzi ma szczęście przeżyć.

Na sali na moje oko było 200-300 dziennikarzy, a obiektywów tyle, że nie widzieliśmy twarzy spoza nich. Stres zupełnie niesamowity, ale jednocześnie takie poczucie „dam radę” i totalnej koncentracji, żeby wyszło. To jest coś co bardzo rozwija osobowość –  jesteś jak na linie nad przepaścią i wiesz, że musisz dojść do mety. Taki fajny rodzaj mobilizacji, z którego potem zostaje umiejętność skupienia się na jednym celu, choć fizycznie i psychicznie było to męczące.

Jak czułeś się po takim maratonie kiedy wracałeś do domu? Jak odreagowywałeś?

To było wyzwanie dla rodziny. Teraz o tym tak myślę, wtedy tego nie widziałem dlatego, że po takim maratonie człowiek po prostu musi odpocząć i wszystko inne jest mniej ważne. Jak dzisiaj sobie o tym myślę to mam poczucie winy wobec mojej ówczesnej żony, wobec moich dzieciaków dlatego, że inaczej nie potrafiłem swoim życiem kierować. To było coś takiego, że po 4 dniowym wyjeździe na drugą półkulę, po podwójnej zmianie czasu, w środowisku, w którym nie ma żadnej tolerancji dla błędu, kiedy przyjeżdżałem do domu miałem ogromną potrzebę odpoczynku, i nie chodzi tu o leżenie brzuchem, ale o nie myślenie o niczym ważnym.

Wyczyszczenie głowy?

Tak. A tu trzeba zdecydować dokąd jechać na wakacje, czy kupimy takie czy inne buty dziecku itd. Takie typowe życiowe rzeczy, które w domu są ważne. Do jakiej szkoły pójdzie dziecko, a w przedszkolu jest jakiś problem i trzeba go załatwić. Z jednej strony miałem poczucie odpowiedzialności, to nie jest tak, że mnie to nie obchodzi i muszę sobie odpocząć, z drugiej strony mój system biologiczny i psychiczny miał swoje granice. Starałem się jak mogłem oczywiście, tak jak każdy zapracowany ojciec w dzisiejszych czasach, nie doceniający tego, że rodzina jest najważniejsza.

Niestety nie wyniosłem za dobrych wzorców z domu. Moi rodzice bardzo dużo pracowali i sprawy rodzinne zawsze były na drugim miejscu. Relacje emocjonalne między nimi oraz między nami były dalekie od ideału. Ludzie dla siebie nie byli ważni. To nie była taka fajna ciepła rodzina. W mojej rodzinie dużo się od siebie wymagało i całe życie było podporządkowane sprostaniu wymaganiom, którym się nigdy nie mogło sprostać. Życia rodzinnego musiałem się więc uczyć sam, ale nie miałem na to siły.

Nie miałeś tak, że możesz na 1 dzień się zamknąć w domu i odpocząć?

Nie, nie miałem dnia wolnego. Przyjeżdżałem jednego dnia po południu z takiego wyjazdu i następnego dnia np. miałem tłumaczyć o 8.30 w gabinecie premiera. Nie było dyskusji, był grafik i tyle.

A jak Twoje ego? No bo tłumaczyłeś taaakie osoby…

Nie było we mnie czegoś takiego, że jestem lepszy od innych. Nie ma we mnie tendencji do wywyższania się. Trochę pewnie ego było dokarmione, bo miałem poczucie wyjątkowości tego co robię. Tłumaczy, którzy robili to tak jak ja w Polsce było może ze trzech w tamtym czasie. Byłem jednym z nielicznych ludzi, którzy pracowali jeszcze za premierów komunistycznych. Byłem tłumaczem Generała Jaruzelskiego, potem Prezydenta Wałęsy, Premiera Mazowieckiego. To była wyjątkowość, ale bardziej mojej sytuacji niż moja. Jak patrzę na swoje życie to zawsze byłem jakimś pomostem między ludźmi. I potem kiedy zająłem się coachingiem, trenowaniem i rozwojem osobistym swoim i ludzi to znowu stałem się pomostem między ludźmi a nimi samymi. Praca tłumacza zapina moje życie w pewną całość, chociaż zdawałoby się, że to było zrządzenie losu i dzieło przypadku.

Co było potem?

Od 1987r. przez 3 lata pracowałem dla Ministerstwa Spraw Zagranicznych (MSZ), a po otwarciu Polski na świat okazało się, że w każdej firmie potrzebny jest tłumacz, bo nikt nie znał angielskiego. Jakiś czas dorabiałem na boku w zachodnich firmach, aż w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że nie stać mnie już na pracę w MSZ, bo to co w MSZcie zarabiałem przez miesiąc, pracując dla dużej amerykańskiej korporacji zarabiałem w ciągu jednego dnia. Więc zwolniłem się, założyłem działalność gospodarczą i ze 2 lata byłem wolnym strzelcem.

Czyli tłumaczem biznesowym?

Tak. I od polityki trzymałem się już z daleka. Później jeden z moich klientów tłumaczeniowych, amerykańska firma deweloperska, zatrudniła mnie jako menedżera. Tłumaczyłem wszystkie ich negocjacje i dokumenty przez dwa lata i poznałem tą branżę na tyle dobrze, że byłem w tamtym czasie dla nich znowu pomostem, nawet bardziej kulturowym, niż językowym.

Kariera w deweloperce

W ciągu pierwszego roku zostałem prezesem polskiej filii, ale to była na początku maleńka spółeczka, więc nie należy sobie wyobrażać za dużo. Firma rodzinna, którą prowadził Pan E. Golub, człowiek o niewielkim wykształceniu, ale bardzo mądry i doświadczony deweloper, niezwykła osobowość. Bardzo dużo mu zawdzięczam, to był jeden z moich życiowych mentorów, wobec którego mam ogromny dług. Ludzi dobierał starannie wg sobie znanego klucza. Takie trochę „pojazdy samobieżne”, które były wszechstronne i pracowite. Ludzie wymagający, ale wymagający przede wszystkim od siebie, ludzie, którzy ogromnie imponowali mi wiedzą, podejściem do pracy, rozsądkiem. Bardzo dużo rzeczy nauczyłem się w tej firmie.

Pan Golub budował prestiżowe biurowce w bardzo dobrych lokalizacjach w Stanach, ale kiedy tam pojawił się zastój, przyjechał do Polski, która właśnie otwarła się na świat. Amerykanie – chciałbym, aby było to w Polsce normą, a nie jest – są organicznie od dzieciństwa nauczeni pracy nastawionej na osiąganie rezultatów. Można różne krytyczne opinie wyrażać na temat ich systemu, ale to są ludzie, którzy z reguły zadają sobie pytanie po co się coś robi i świetnie umieją robić to do czego ktoś ich zatrudnił. I ja, pracując z nimi kilkanaście lat, nauczyłem się pracować na rezultat. Wytrwały już byłem, ale u nich nauczyłem się takich technicznych umiejętności. Dotąd pracowałem na godziny, czyli jak nie pracowałem, bo byłem chory, to nie zarabiałem pieniędzy. A teraz dostałem miesięczną pensję, bardzo wysoką, właściwie amerykańską pensję w Polsce i to przez pierwsze parę miesięcy wystarczało mi na osłodę wszystkich niedogodności tej pracy, czyli uczenia się z dnia na dzień rzeczy, o których nie miałem zielonego pojęcia.

Moja firma stosowała „zimny chów cieląt”, typowo amerykańskie podejście: skoro jesteś menedżerem i my ci płacimy to masz robić to co menedżer ma robić. Czy umiesz to czy nie to nie nasz problem. Po to cię zatrudniliśmy, żeby o tym nie myśleć. Pierwszego dnia dostałem gruby segregator, a w nim budżet wielkiego budynku w Chicago, podobnego do tego, który miałem zbudować tu w Warszawie i miałem zrobić dla niego analogiczny budżet. Dostałem na to 2 czy 3 tygodnie i pomyślałem, że mam dużo czasu. Ale nawet nie wiedziałem wtedy co to właściwie jest ten budżet. Dzisiaj mógłbym sobie poszukać w Google i bym się dowiedział, ale wtedy Googla nie było. Skąd ja mam się dowiedzieć co to jest budżet? I zacząłem studiować ten segregator, żeby zrozumieć o co chodzi. Dostałem komputer, a w nim Lotus 123, Excela jeszcze wtedy nie było, ale i tak nie wiedziałem co z tym zrobić. Nikt mnie tego nie uczył. Myślę, że oni zakładali, że ja to powinienem wiedzieć, że to jest oczywiste, ale dla mnie wcale nie było.

Byłeś tłumaczem, więc dlaczego mieli tak zakładać?

Może robiłem za dobre wrażenie? Przez pewien czas komfort pracy i warunków finansowych, kiedy w ogóle nie patrzyłem co ile kosztuje, były moją główną emocją. Dla młodego, 31-letniego chłopaka to było fajne uczucie. Byłem traktowany jak jeden z nich i czułem się jakbym przyjechał z Marsa na Madagaskar. Oczywiście musiałem się dużo uczyć i robić rzeczy, które były dosyć nudne, jednak ta jasna strona pracy to rekompensowała. Ale tak jak najsłodsze ciasto po jakimś czasie się przykrzy. I stopniowo zaczęło mi brakować tej pasji, którą miałem codziennie w pracy jako tłumacz. Narastała we mnie taka sprzeczność, bo za dobrze zarabiałem, żeby w ogóle myśleć o jakiejś zmianie. To trwało długie lata.

Jako tłumacz miałeś większy stres…

I tak i nie. Jako tłumacz byłem w 100% zależny od siebie. Wiedziałem, że jak się dobrze przygotuję i stanę na uszach to na pewno dam radę. A tutaj nagle jestem zastępcą dyrektora biurowca, który kosztował kilkadziesiąt milionów dolarów, ma 10 pięter, na każdym jest np. klimatyzatornia, która kosztuje 3 mln USD każda i mam 4 techników, którzy mi podlegają. Nie mam pojęcia technicznie co oni robią, nie jestem w stanie ocenić ich pracy, ale odpowiadam za to, żeby wszystko było tak jak trzeba. Mam takich najemców jak ING, PriceWaterhouse, to był pierwszy tej klasy budynek w Polsce, bank Schroeders z Londynu, Merck, czyli bardzo poważne firmy. Jestem odpowiedzialny za ściąganie czynszów. Więc z dnia na dzień spoczęło na mnie szereg obowiązków związanych z bardzo dużą odpowiedzialnością finansową. To ja odpowiadam za to, żeby nie powstały straty i żeby były zyski. To było coś co mnie wtedy kompletnie przerastało emocjonalnie. Po raz pierwszy w życiu byłem odpowiedzialny za coś na co nie miałem żadnego bezpośredniego wpływu.

I po raz pierwszy stanąłem wobec konieczności zarządzania ludźmi, tzn. spowodowania, żeby ludzie, których nie jestem w stanie do niczego zmusić chcieli robić to co robią najlepiej jak potrafią. To akurat było coś co mi się bardzo spodobało. Szybko zrozumiałem metodą prób i błędów, że moim sposobem zarządzania nie jest krzyczenie na ludzi. Próbowałem tego z marnym skutkiem i zrozumiałem wtedy, że to nie jest moja droga. Są tacy co może są skuteczni wrzeszcząc, u mnie skutki były odwrotne do zamierzonych, tzn. człowiek był tak stłamszony, że bałem się, że za chwilę dostanie zawału. I zdałem sobie sprawę, że odkrywam zupełnie nową dziedzinę dla siebie, że można tak ułożyć relacje z ludźmi, żeby chcieli być najlepsi jak tylko mogą być. Nie dlatego, że im każę, tylko dlatego, że jestem w stanie obudzić w nich takie chcenie, albo je wzmocnić. Oczywiście nie z każdym to się dało, ale spodobało mi się to. Więc jeśli pytasz jak się wtedy czułem to tą część mojej pracy wspominam bardzo dobrze.

Taki przykład. Po 2 miesiącach przyjechał p. Golub na inspekcję i pamiętam, że już miał się zbierać, ale mówi mi:

– Kris, tą sekretarkę będziesz musiał zmienić, nic z niej nie będzie, siedzi taki ponurak. Jesteśmy biurem obsługi klienta, przychodzą najemcy, a tu taka osoba.

Chwilę sobie o tym pomyślałem i poczułem, żeby się nie spieszyć. Owszem, było to dla mnie trudne, bo widzisz, że cię twój pracownik nie znosi, ale nie robi tego w taki sposób, żeby można mu powiedzieć: Co się pani tak na mnie krzywi? Ale widzę to w jej oczach. Z drugiej strony ona ma wszystko świetnie zorganizowane, jak coś potrzebuję to jest. Jak zobaczyłem jak ona ma dokumenty uporządkowane to byłem pod wrażeniem. Pomyślałem sobie, że ona jest cholernie kompetentna tylko ma ten stosunek do nas taki niedobry. I mówię do p. Goluba:

– Daj mi 3 miesiące. Jak nie uda mi się tego uleczyć to wtedy ją zmienimy.

– Ok, your call. Twoja decyzja – powiedział i odjechał.

Jesteś wytrwały przecież…

No właśnie, jestem wytrwały i dałem sobie te 3 miesiące. Umówiłem się z nią na lunch do Marriota, po drugiej stronie ulicy. Wtedy lunch z pracownikiem to było coś niesłychanego, nie było takiej formuły w Polsce. I tak zaczęliśmy rozmawiać sobie. Już nie pamiętam tej rozmowy, ale coś się wtedy „odetkało”. Chyba zobaczyła we mnie człowieka. Bardzo się potem zaprzyjaźniliśmy, pracowaliśmy ze sobą do końca kiedy byłem w tej firmie. Dzisiaj wspominam ją z wielkim sentymentem, bo jako sekretarka była po prostu niezrównana. Potem jak przyjeżdżał p. Golub, przedstawiał ją gościom i mówił, że jest to najlepsza sekretarka na świecie. To jest niesamowite. Ja nie mówię, że to było moje dzieło, bo ona po prostu taka była, ale stworzyłem jej warunki, żeby mogła pokazać siebie.

Rozkwitnąć?

Tak. To są takie rzeczy, do których chętnie wracam pamięcią. Cieszę się, że mamy dzisiaj tą rozmowę, bo nie pamiętałem o tym. Pamiętałem tę pracę z perspektywy stresów, że jej na co dzień nie lubiłem.

Ale odkryłeś wtedy ten obszar, który jest początkiem nowego etapu Twojego życia, może nawet celem Twojego życia?

Tak, jest celem mojego życia i on się wtedy zaczął.

O liczbach i raportach

Kiedy tam pracowałem nigdy ich nie polubiłem, bo nikt mi nie pokazał do czego służą liczby. Dla mnie budżet był dlatego, że musi być, że tego żądają. Oczywiście nie byłem głupi, aby nie rozumieć, że tu są przychody a tu koszty, ale miałem chyba mentalność pracowniczą. Nie patrzyłem na to, że firma jest stworzona po to, że właściciel chce na niej zarobić. Dla mnie firma istniała po to, żebym ja miał tam miejsce pracy. Kiedyś jeden z moich znajomych, właściciel ogromnej firmy, bardzo mądry człowiek, powiedział przewrotnie:

– Krzysztof, jaki jest cel zarządu?

– Przynosić zysk firmie, odpowiedziałem.

– Nie, celem większości zarządów jest mieć dobrą pensję, ładne biuro, samochód i sekretarkę.

Taki był wtedy mój cel – chciałem mieć dobrą pracę. I nie czułem związku między tym budżetem a sensem życia. Kiedy teraz prowadzę swoją firmę jest zupełnie inaczej. Bardzo lubię liczby i umiem je czytać. Teraz dopiero traktuję liczby jak klucz do świata, który chcę znać. Wtedy to miało się tylko dodawać i nie mogłem znaleźć w tym przyjemności. Strasznie dużo pracowałem, żeby mój raport wyglądał tak jak ich raporty, ale w nim były błędy, bo np. zrobiłem błąd w formule i dodało się nie to co trzeba, lub nie dodało się wcale. Mimo, że ogromnie się wyrobiłem przez te 2-3 lata, bo uczyłem się dniami i nocami, i w sumie byłem wysoko oceniany.

Ale to jest jak z takim uczniem, którego wzywasz do odpowiedzi i widzisz, że on dużo umie, ale w sumie nie ogarnia, tylko nie wiesz jak mu to udowodnić, bo sprawnie „pływa” po temacie. I nigdy w tej firmie nie udało mi się osiągnąć sukcesów porównywalnych do tego co osiągałem jako tłumacz.

Przed 40-tką nałożyły się Tobie dwie rzeczy: problemy prywatne i z pracą

Gdybym był szczęśliwy w życiu prywatnym to pewnie ciągnąłbym jeszcze tę pracę. Pomyślałbym: dobra, mamy kasę na wygodne życie, nie wszyscy muszą mieć pracę, którą uwielbiają. Ale nie widziałem przed sobą przyszłości, bo po pierwsze wiedziałem, że nigdy nie pokocham nieruchomości, a po drugie czułem się jak w pułapce w moim życiu małżeńskim. Mam 2 dzieci, moje córki miały wtedy około 6 i 9 lat. Nie brałem pod uwagę rozwodu. Nie zostawię mojej żony, nie rozwalę jej życia, choć sam już nie potrafię żyć. Wydawało mi się, że nie mam wyjścia i że tak musi być. Mój świat widziany z zewnątrz przez innych ludzi był w ogromnej sprzeczności ze światem widzianym przeze mnie od wewnątrz.

Kryzys wieku średniego przeżyłem mając 33 lata. Byłem na siłowni i tam były takie duże ściany z luster. Nosiłem wtedy brodę. Ćwiczyłem razem z chłopakami, którzy na oko mieli po 20 lat, ale nie widziałem żadnej różnicy między nami. I kiedyś jakiś chłopak podszedł do mnie i pyta się:

– Czy Pan używa tej sztangi?

Normalnie wszyscy mówili do siebie na Ty. I jakoś mnie to zakłuło. Powiedziałem, że nie i on wziął sztangę. Wróciłem do swoich powtórzeń i zobaczyłem nas w lustrze. Tutaj starego brodatego człowieka, a obok chłopaka.

Stary, bo tak się czułeś?

Po pierwsze broda mnie postarzała, ale na pewno miałem też na twarzy wypisany stres. Zobaczyłem starą zmęczoną twarz i tego chłopaka. To był mój kryzys wieku średniego, który trwał potem dwa lata. Czułem się strasznie stary.

Czy ktoś na zewnątrz to widział?

Niektórzy widzieli, jak się potem okazało. Natomiast ja odkąd poszedłem na studia patrząc z zewnątrz byłem na samym topie. Dostałem się na nie jako Olimpijczyk, na studiach brylowałem. Przepraszam, że mówię z taką nieskromnością. Nie to, że byłem jakimś geniuszem, ale byłem jednym z najlepszych studentów, potem miałem bardzo dobrą pracę, jedną i drugą. W każdej byłem wysoko oceniany, potem było tłumaczenie tych wszystkich wielkich ludzi, a potem wzięli mnie Amerykanie i też miałem wyjątkową pozycję. Więc patrząc z zewnątrz takie w ogóle dziecko szczęścia. Sukces goni sukces. W środku kompletnie nie czułem się człowiekiem sukcesu, bo wyszedłem z dzieciństwa kompletnie okaleczony w środku i myślący o sobie najgorzej jak się da. Im bardziej mi ktoś gratulował tym większą gorycz to w środku we mnie wywoływało, tym bardziej miałem wrażenie, że to jest nieprawda. Myślałem sobie: Ty nie wiesz jaki ja naprawdę jestem.

Rozwój osobisty

Chyba w 1995 lub 96 roku pojawiły się w Polsce pierwsze szkolenia z rozwoju osobistego. Poszedłem na szkolenie z zarządzania czasem. Po nim po raz pierwszy zacząłem myśleć jak kierować swoim życiem, bo dotąd to był efekt no może nie zbiegów okoliczności, ale nie świadomych wyborów. Trochę to do mnie przyszło. A tu jestem w tej firmie już parę lat i pytanie co dalej.

Po ilu latach pracy w nieruchomościach?

Po siedmiu. Na co dzień cały czas żyłem w ogromnym stresie spowodowanym i tą pracą, która była wyzwaniem trochę ponad miarę i moim życiem prywatnym. Kochałem moją pierwszą żonę, naprawdę kochałem, bardzo się starałem, żeby ten związek funkcjonował, robiłem wszystko co mogłem, chociaż ona może tego tak nie ocenia dzisiaj. Byłem z nią 17 lat i przez te lata żyłem w coraz większym napięciu, które nie było widoczne na pierwszy rzut oka. Wielu ludzi oceniało nas jako idealne małżeństwo, bo to było małżeństwo pozbawione przemocy czy wyzwisk, ale były w nim takie napięcia niewypowiedziane, ale realne. Moje dzieciaki to czuły bardzo mocno. Miałem 36 lat kiedy zrozumiałem, że sam sobie nie poradzę ze stresem. Nie byłem w stanie normalnie żyć.

O rozstaniu

Za kolejny punkt przełomowy w moim życiu uważam grupę otwarcia u W. Eichelbergera i sięgnięcie po pomoc do kogoś. Za dużo czasu poświęciłem sam na ciągłe myślenie o moim małżeństwie, dlaczego tak długo żyjemy w konflikcie, i o tym, że się spalałem w pracy. Po grupie otwarcia jeszcze ze 3 lata próbowałem i wkładałem dużo energii, aby coś zmienić w naszym małżeństwie, ale to się nie udało. Czułem, że jeśli z tego związku nie wyjdę to mogę nie wytrzymać na serce. Przez rok przed rozstaniem serce bolało mnie już regularnie. W wieku 40 lat zrozumiałem w końcu, że dla mojej żony nigdy nie będę facetem jej życia takim jakim bym chciał dla niej być.

Dotarło do mnie, że się rozstaniemy, ale jeszcze nie miałem odwagi. Wiesz to jest tak jak musisz pójść na jakiś bolesny zabieg. Wiesz, że musisz, że nie możesz czekać 5 lat, ale odkładasz to. Zrobię to w przyszłym tygodniu, albo najlepiej za miesiąc, bo teraz mam taki trudny czas w pracy. Muszę się przygotować. W końcu jednak powiedziałem żonie, że odchodzę. Nie chcę tutaj rozwijać okoliczności, w jakich to się stało, ale zawsze będę żałował, że właśnie tak się to odbyło. Zabrakło mi wtedy życiowej mądrości, którą mam dzisiaj. Zawsze będę żałował, że nie mogę już tego naprawić. Gdybym mógł cofnąć czas, zdecydowałbym tak samo, ale na pewno inaczej by się to odbyło. To było bardzo trudne dla mnie, dla niej i dla dzieciaków.

Zmiany

Nastąpił początek świadomych zmian w moim życiu. Uczestniczę w szkoleniach, pojechałem na Tony Robbinsa. Wiem, że deweloperka nie jest dla mnie. Szkolenia mnie w tym upewniają. Ciężar uwagi przenosi się jednak na pracę, bo udziałowcem został wielki koncern. Firma przestała być rodzinna, stała się korporacją. Zaczęły pojawiać się napięcia między mną a kolejnymi menedżerami nade mną, którzy co kilka miesięcy się pojawiali. Pracowałem tam ponad 10 lat, naprawdę znałem ten biznes i przyjeżdża mi kolejny guru z Texasu, który robi bzdury i jedyne co go interesuje to żeby dostał ofertę u konkurencji za dwa razy tyle i przeniósł się do Moskwy. Zżymało mnie to. Między ludźmi zaczęły się podgryzania. Nienawidzę takich rzeczy i odszedłem.

Moje sprawy prywatne zaczęły iść innym torem. Wszedłem w nowy związek, bardzo trudny przez parę lat, ale fantastyczny pod każdym względem. To było tak jakbym wypłynął na ocean gdzie są przepiękne widoki, chociaż straszliwie wieje i buja, ale to ci się tak podoba, że się w głowie nie mieści. Nagle okazało się, że poczucie bezpieczeństwa, o którym zawsze myślałem, że jest ważne, ważne nie jest. Że są rzeczy, które smakują o wiele bardziej.

Kilka razy zmieniałem prace, ale nie odnosiłem w nich sukcesów. W 2006r. trafiłem do norweskiego funduszu nieruchomościowego. Kupowaliśmy zabytkowe kamienice na Pradze, żeby z nich zrobić apartamenty.

Skoro nie pokochałeś nieruchomości, dlaczego kolejni pracodawcy pochodzili z tej branży?

Dlatego, że mogłem tam pracować i zarabiać na życie. Miałem kredyt na dom, miałem inne zobowiązania. To było trochę siłą rozpędu, nie bardzo wiedziałem co innego mógłbym robić. Nawet nie wiem jak się szuka pracy, bo nigdy nie szukałem. Bałem się też, bo już panował wtedy taki pogląd, że 40-latków nie chcą brać tylko same młode pistolety.

W funduszu norweskim pracowałem 2 lata, kupiłem dla nich fajne nieruchomości i myślę, że dobrze na nich zarobią, ale nie lubiłem tego. Codziennie zmuszałem się do pracy. I w sukurs przyszła mi katastrofa hipoteczna na rynku amerykańskim w 2008r. Któregoś dnia rozmawiam przez telefon o kryzysie ze swoim ojcem. Rodzice pytają się mnie czy ten kryzys nie dotknie mojej pracy. A ja im na to, że raczej nie, bo kryzys jest związany z kredytami hipotecznymi, a ja pracuję dla inwestorów, którzy mają swoje pieniądze. To były bogate od stuleci rodziny i nie brały kredytów na inwestycje, więc temat miał mnie nie dotknąć. Nie pomyślałem jednak, że mają inwestycje w nieruchomościach, których wartość w trakcie kryzysu dramatycznie zmalała.

Utrata pracy

3 miesiące później, 30.11.2008r. dostaję wieczorem telefon od mojego inwestora, którego aktywa w ostatnim tygodniu zmniejszyły się dramatycznie, informującego mnie, że muszą mocno przyhamować projekt w Polsce i w związku z tym nie będzie dla mnie miejsca. Pamiętam, że odłożyłem słuchawkę i była to jedna z takich chwil, kiedy wydarza się coś dużego, mocnego i w pierwszej chwili to do ciebie nie dociera. Nic nie czuję. Miałem taki syndrom, który chronił mnie przed nagłym szokiem. Szok zaczął się pojawiać po paru dniach. Zdałem sobie sprawę, że za chwilę nie mam z czego żyć. Mam kredyt we frankach zaciągnięty w najgorszym możliwym momencie, kilka ciągle wykorzystywanych kart kredytowych, nie mam pomysłu na życie, mam dzieci i wysokie alimenty, które na nie płacę, nie lubię nieruchomości i nie wiem gdzie pójść, bo branża właśnie przeżywa kryzys.

O drugiej żonie

Starałem się chronić ją przed tą presją, a z drugiej strony ona chroniła mnie przed taką presją w jakiej facet jest często kiedy żona mówi: – Weź zrób coś. – Robię co mogę. Ale to nie jest coś co mogę z dnia na dzień zmienić.

To jest ciekawa rzecz. Ta rozmowa dzisiaj strasznie dużo mi dała, nagle zobaczyłem logikę w moim życiu, której nigdy sobie nie uzmysławiałem. Wiele rzeczy, które wydawały mi się jakimś przypadkiem, nagle okazuje się, że są spójne ze sobą od początku do końca. Pamiętam do dziś, że miałem bardzo jasną sytuację od odłożenia słuchawki kiedy przez telefon usłyszałem, że jestem zwolniony. Wiedziałem, że nigdy w życiu nie byłem w takim położeniu i że będę musiał zdobyć się na rzeczy, na które nigdy wcześniej nie musiałem się zdobyć. Wiedziałem, że świat dalej się kręci, choć mi wszystko się zawaliło. Naprawdę nie mam skąd wziąć kasy. Nie mam gdzie się cofnąć. I to w tym wszystkim było błogosławieństwem. Bo jak się człowiek nie ma gdzie cofnąć to się okazuje, że stać go na o wiele więcej niż mu się dotąd wydawało.

Największa siła pojawia się po tym kiedy pojawia się największy dół?

Pamiętam jak bardzo wspierało mnie to, że Aga miała do mnie zaufanie. Prawie tracimy dom, a ja lecę do Anglii na tygodniowe szkolenie za tysiące złotych, bo mówię: – Słuchaj ja muszę tam pojechać, bo taki, jaki jestem dzisiaj nie uniosę tego.

Własny biznes

W 2007r. zostałem udziałowcem firmy językowej szybkiangielski.pl, ale nic przy niej nie robiłem. Poproszono mnie, bo jestem anglistą. Moi wspólnicy uważali, że mamy fantastyczny produkt, ale firma po 1,5 roku działalności stała się bankrutem, bo była źle zarządzana. Ja wiem o co tu chodzi, czuję ten produkt, on jest genialny, na całym świecie nie ma tego co my robimy tutaj. Bardzo optymistycznie to oceniłem i pomyślałem, że przejdę do niej. Umówiłem się ze wspólnikami, że będę pracował tylko za procent od sprzedaży tzn. zjem tylko to co upoluję. Myślałem tak samo optymistycznie jak oni, że pół roku, rok i będzie fruwało. Ale tak się nie stało.

To był najtrudniejszy moment zawodowy w całym moim życiu. Po raz pierwszy w życiu nie miałem pracy. Po raz pierwszy nie pracowałem w firmie, która ma pieniądze na opłacenie mnie. Tu muszę zarobić sam. W życiu nie prowadziłem firmy. Byłem prezesem firm, które były częścią pewnej struktury, a tu dostałem okręt, który bardzo szybko szedł na dno. Mieliśmy wtedy przychody miesięczne 3-5 tys. jak był lepszy miesiąc, a koszty na poziomie 36 tys. zł miesiąc w miesiąc. Więc moi poprzednicy dorzucali kasę, aż się im skończyła i to był moment kiedy objąłem firmę. Katastrofa totalna. Mam kilkaset tysięcy długu, na mój telefon dzwonią wyłącznie wierzyciele, ZUS, US.

Ale mnie się strasznie podoba ten pomysł, bo jest spójny z tym co zawsze lubiłem robić, z pomaganiem ludziom. Ludzie, którzy tu przychodzą chcą się uczyć. Np. pani 38 lat, dyrektorka z banku, musi nauczyć się angielskiego, bo jak się nie nauczy to za chwile nie będzie potrzebna. Próbuje od 20 lat, nigdy się nie udało, nienawidzi tego, nie wierzy w siebie, nie ma czasu. Tu przychodzi i po pierwszym tygodniu jest zszokowana jakie to jest fajne, a po 6 miesiącach mówi po angielsku. A pracowała godzinę w grupie i w domu na komputerze. Więc to było coś co mnie strasznie napędzało.

Wszystko opierało się na relacjach interpersonalnych. Przychodzi komornik zająć nam sprzęt, opieczętować wszystko. Właściwie koniec firmy. A ja muszę się z nim jakoś rozmówić. Nigdy w życiu nie dawałem, nie brałem łapówek i nie będę tego robił. Pan Golub nauczył mnie, że wtedy spokojnie się w życiu śpi. Mówię mu, że jak on mi tu pozakleja drzwi, komputery to nie będę w stanie nigdy spłacić długów, które moi poprzednicy narobili. – Ma pan 87 tys. zł do zapłacenia, to umówmy się, że pan teraz zapłaci 30 tys., za tydzień 20 tys., a za miesiąc przyjdę po resztę. – 30 tysięcy? Jak ja mam na koncie 2,5 tys.?! O tych sytuacjach można by osobną książkę napisać. W każdym razie dałem sobie z tym radę. Poszedłem do wszystkich wierzycieli i powiedziałem każdemu mniej więcej to samo:

– „Proszę pana, właśnie objąłem tą firmę. To jest genialny produkt, ale była źle zarządzana i dlatego wisimy panu … tysięcy. Nie mam tych pieniędzy. Może nas pan pozwać do sądu, spowodować bankructwo i tych pieniędzy nigdy pan nie odzyska. Ale jak da mi pan szansę to ja te pieniądze panu spłacę najszybciej jak będziemy w stanie, ale nie będzie to wcześniej jak za pół roku, albo za rok. Zrobię wszystko, żeby te pieniądze panu spłacić.” I z każdym bez wyjątku się dogadałem. Każdy mi tą szansę dał, ale to był okres jak na linii frontu.

Wtedy zacząłeś biegać?

Zapytałaś się czy piłem. Gdybym nie biegał to pewnie zacząłbym pić. Zacząłem biegać zaraz po szkoleniu z Tonym. Wróciłem stamtąd z programem ćwiczenia emocji. Częścią tych ćwiczeń było to, że rano wychodziło się na spacer albo biegło. Nie lubiłem spacerów, więc pobiegłem trochę. Ale po 50 metrach już miałem zadyszkę, bo nie umiałem biegać.

Kolega powiedział mi, że mocno schudł w wyniku biegania, bo zalecił mu to lekarz i zapytałem się go jak to zrobił? Lekarz powiedział mu, że ma biegać tyle ile jest w stanie biegać z przyjemnością, a przynajmniej bez wstrętu. – Ile możesz dzisiaj przebiec kroków bez wstrętu? – Pięć. – To przebiegnij dzisiaj 5 kroków. I stopniowo to zwiększał, aż w końcu zaczął biegać maratony. Pomyślałam sobie wtedy, że chodzenie mi nie pasuje, ale w takim razie będę biegał. Moja żona, Aga to jest straszny ruchowiec, lubi się skatować np. na rowerku, a ja nie. Pytam siebie ile mogę biegać bez wstrętu. Minutę. Więc tyle przebiegłem. A potem codziennie więcej. Po miesiącu biegałem pół godziny. I Aga wtedy postanowiła, że zacznie biegać ze mną, bo rzucała palenie.

Agnieszka Bartosz-Litwińska: Pomyślałam, że ja palę, a my grosza przy duszy nie mamy i że to wstyd straszny. I postanowiłam rzucić palenie. Podobno tak jest, że jak ludzie rozstają się z jednym nałogiem to zamieniają go na inny. Postanowiłam, że tym innym nałogiem będzie bieganie. I zaczęliśmy biegać razem. Coraz więcej i więcej, teraz nawet dołączyły do nas psy. A zaczęło się to przypadkiem. Kiedyś wychodzimy razem biegać i Lara, suczka labrador, stanęła w drzwiach i nie można było jej ruszyć. No to mówię: – Weźmy ją. Na początku były bardzo nieznośne, ale za drugim razem okazało się, że tylko ze 200 m, potem już było ok. Teraz kiedy wyciągamy ubrania do biegania to jest szał radości u psów. Na początku przerażały nas ciemne ulice, ale po ok. 15 minutach wydzielają się endorfiny i człowiek zaczyna wtedy wierzyć, że jest w stanie zrobić wszystko.

 

krzysztof litwinski biganie zona z pasami
fot. arch. Krzysztof Litwiński

 

Krzysztof: Zacząłem biegać z desperacji. To była taka presja, że zrozumiałem wtedy dlaczego ludzie się upijają. Bo masz cały czas taki nacisk jakbyś miał non stop stu kilowy worek na plecach. Myślisz sobie: zrzucić to chociaż na chwilę. I na parę godzin przestają czuć. Był taki czas, że nic nam nie wychodziło w firmie, tzn. nie zatonęła, ale nic nam nie szło. Np. pojechała prezenterka do Wrocławia przedstawić program grupie 15 osób i totalnie go spieprzyła. Tam była żona mojego znajomego i powiedziała mi, że prezentacja była kompletną porażką. A mocno na to liczyłem, bo mogło spłacić komornika. Pamiętam poszliśmy z żoną biec i myślę sobie, żeby choć mały sukces się pojawił, bo nie wiem ile jestem w stanie biec pod prąd kiedy zupełnie nic nie wychodzi. Strach to jest wyobraźnia nieukierunkowana. Nie wiadomo czego się boję, ale się boję. Bieg powoduje, że stopniowo z tej wyobraźni schodzi się coraz bardziej na ziemię. Jest tylko twój oddech, twoje zmęczenie, asfalt, wilgotność powietrza, mgła. Bieg powoduje, że na pewien czas napięcie schodzi. Nie zapominasz o nim, ale jesteś „tu i teraz”. I tak się zaczęło bieganie. A teraz biegam z miłości.

?

Do żony.

Czyli jak jest bardzo ciężko to można albo się upić, albo biegać? Od czego zależy ten klik, że jedni wybierają to, a drudzy tamto?

Od decyzji. I od mądrości życiowej. Tony Robbins badał jak to się dzieje, że ludzie zmieniają swoje życie na lepsze, wychodzą z kryzysów. Fascynowało go, że ktoś chodził 10 lat na terapię i niespodziewanie pewnego dnia docierało do niego co mu dolegało i się zmieniał. Ale skoro to jest jeden moment to dlaczego nie znaleźć go od razu?

Agnieszka: To tak jak rzucałam palenie. W książce, którą czytałam było napisane, że ludzie często obiecują sobie rzucić palenie od poniedziałku, od lipca. Ale po co? Dlaczego nie teraz? Nie ma powodu do odkładania.

Krzysztof: Tony Robbins podkreśla to wielokrotnie. Swoje życie możesz zmienić w jednej chwili. Ja podjąłem decyzję, że nie będę pił, tylko będę biegał. Oczywiście nie wszyscy muszą biegać. Aktywność fizyczna ma tę zaletę, że jak się człowiek zmęczy to maleje obszar kombinowania w głowie. Maleje obszar tej nieukierunkowanej wyobraźni.

Agnieszka: Wydzielające się endorfiny są bardzo ważne. Często wymyślamy pomysły do firmy podczas lub po biegu. U mnie bieg sprawia, że mój mózg lepiej pracuje, kiedy zajmuję ciało i głowę czymś innym.

Krzysztof: To musi być wysiłek. Najgorzej jest wyjść. Ale nawet jak wracam do domu i jestem skonany, ubieram się, wychodzę i biegnę. Zmęczenie mija czasem po paru minutach, a czasem po 3 km, ale zawsze mija. Okazuje się, że w każdej sytuacji to jest kwestia decyzji. I dlatego jak mi dzisiaj ktoś mówi, że nie ma wyjścia z jakiejś sytuacji, że nie może sobie z czymś poradzić to nie ulega dla mnie żadnej wątpliwości, że on na ten moment podjął decyzję, że sobie z tym nie poradzi. Bo jak podejmie decyzję, że sobie poradzi, to sobie poradzi. To z czym myśmy sobie poradzili w tej firmie przekracza ludzką wyobraźnię.

Bieganie jest też okazją do bycia ze sobą. Nie siedzimy koło siebie każdy w swoim laptopie, albo przy telewizorze, tylko biegniemy i o czymś sobie gawędzimy.

Agnieszka: Krzysztof często mówi „nie teraz, przegadamy to na bieganiu”.

Krzysztof: Te lata pracy na swoim dały mi więcej doświadczenia życiowego i zawodowego niż wszystko co wcześniej robiłem. Ta firma została zbudowana ciężką pracą, systematycznością i konsekwentnym zmierzaniem do celu. To się nie „udało”, to zostało świadomie zbudowane. Dzisiaj jest mocna finansowo. W porównaniu do innych szkół językowych w Polsce jesteśmy jednymi z najsilniejszych, bez dwóch zdań. Nikt nie ma takich klientów, nikt nie ma takiego produktu, chociaż imitują, opakowują, żeby wyglądało tak jak nasze. Ale nikt nie jest w stanie dać takich rezultatów swoim klientom jak my. To jest efekt mrówczej pracy dzień po dniu. Gdyby ktoś mi się zapytał o jedną rzecz, która była tutaj decydująca to powiedziałbym – moja determinacja. Nie ma takiej siły, żeby mnie coś zatrzymało.

Zdecydowałeś się na to, bo nie miałeś pieniędzy, jesteś wytrwały, znasz narzędzia. Czy coś jeszcze?

Tak. Po czwarte pomaganie ludziom, co jest dla mnie bardzo istotne. Gdyby któregoś z tych elementów zabrakło to pewnie by się to nie udało, ale najważniejsze co mi daje energię to wizja, że tworzę coś niesamowitego. Jak fajnie, że o tym rozmawiamy. Nigdy tak na swoje życie nie patrzyłem, ale widzę pewną logikę w tym wszystkim. Zmienianie życia ludzi na lepsze i tworzenie swojej niezależności. To jest dla mnie przesłanie dla ludzi z korporacji: bałbym się dziś pójść do pracy do kogoś. Poczucie bezpieczeństwa czerpię z tego, że ono zależy tylko ode mnie. Tu wiele rzeczy może się wydarzyć, są urzędy, są klienci, ale ja jestem w środku tych wydarzeń. To ja je kreuję, reaguję na to co się dzieje, więc moje poczucie bezpieczeństwa czerpię dzisiaj ze świadomości, że ja jestem głównym sterującym. Wiem, że zawsze dam sobie radę, najwyżej będzie przez jakiś czas trudno.

Obecne pokolenie jest pierwszym, które będzie się uczyło całe życie. Dzisiaj już nie można kogoś nauczyć czegoś, dzisiaj już tylko można uczyć jak się uczyć, jak rozwijać. I tym chcę zajmować się przez resztę życia.

Co byś powiedział ludziom na zakręcie zawodowym?

Mnie uratował brak wyjścia.

A z drugiej strony wytrwałość…

Ja bym im poradził, żeby popatrzyli wstecz na swoje życie i zdali sobie sprawę, że ich obecna sytuacja nie była zawsze i nie będzie trwała zawsze. Ludzie tracą nadzieję kiedy wydaje im się, że ich trudne położenie dotyka wszystkich sfer ich życia i już się nigdy nie zmieni. Rok, dwa, 5 lat temu nie byłeś w takiej sytuacji. I za 5 lat też nie musisz być. Jak na to popatrzą to zobaczą jakiś kierunek działania. Dziś już tak nie mam, ale wtedy kiedy czułem się jak w pułapce myślałem, że tak będzie zawsze. Że zawsze będę miał pracę, której za bardzo nie lubię, ale nie będę mógł jej zostawić, rodzinę gdzie mam więcej napięć niż czegoś innego i tak będę w tym tkwił, zawieszony jak w kokonie.

Skąd wziął się pomysł szkolenia o rozwijaniu swoich talentów, na którym się poznaliśmy?

Temat pojawił się w ramach Brian Tracy International, firmy, której byłem w pewnym momencie współwłaścicielem. Współpracowaliśmy z ludźmi, którzy tym się zajmowali. Tak jak kiedyś zarządzanie czasem tak teraz odkryłem, że można zarządzać talentami. Że to jest bardzo ważne, pomaga ludziom w życiu i zaobserwowałem, że można świadomie się tego uczyć.

Dostrzegłeś, że w tych nieruchomościach było ci tak trudno, a kiedy tłumaczyłeś samo płynęło?

Jak przeczytałem książkę Buckinghama, Teraz odkryj swoje silne strony, to zobaczyłem siebie. Zrobiłem test talentów Gallupa i byłem bardzo rozczarowany wynikami. Spodziewałem się, że wyjdą mi takie talenty jak dowodzenie, strateg, takie męskie, menedżerskie, a tu powychodziły jakieś same interpersonalne jak osiąganie, uczenie się, empatia. Ale zobaczyłem prawdziwość tego co Buckingham pisał, że my mamy talenty, których nie doceniamy. To co w życiu nam wychodzi to dlatego, że sięgamy do naszych naturalnych talentów. Ja byłem genialnym pomostem między kulturami, bo kiedy ludzie rozmawiali czułem o co im chodzi (…)

Kiedy byłoby najlepiej dla człowieka, żeby spotkał się taką wiedzą, z takim testem?

Wtedy kiedy zadaje sobie pytanie: „Co powinienem w życiu robić?” Nie kiedy pyta go mama. W obojętnie jakim wieku. Widzę, że w różnym wieku różnie to bywa. Znam ludzi, którzy mają 26-27 lat i nie zadają sobie w ogóle pytań co będą robić za 2, 5 lat. Wystarczy, że sobie siedzą i grają w gry komputerowe. I to wcale nie są głupi ludzie. Ale oni nie zadają sobie takich pytań. Taki człowiek posłany np. na szkolenie Tony Robbinsa, który jest niesamowitym doświadczeniem zmieniającym życie, po tygodniu wróci do swoich starych przyzwyczajeń. Dlatego wiem, że nie należy wysyłać wszystkich ludzi na szkolenia, tylko robić to wtedy kiedy są gotowi. Moim zdaniem każdy człowiek powinien mieć szansę zetknięcia się z nowoczesnym badaniem talentów i co z tego wynika w momencie kiedy zadaje sobie pytanie: Co ja mogę, powinienem w życiu robić?

To może być w klasie maturalnej, na koniec studiów, w wieku 30, albo 40 lat?

Tak, albo w wieku 50 lat po zawale serca. Metryka nie ma znaczenia, ważny jest ten odpowiedni etap w życiu. Na pewno warto, żeby świadomi rodzice dawali swoim dorastającym dzieciom do zrobienia ten test i nie stawiali potem oczekiwań, które nie są dla nich. Jak ktoś ma takie talenty jak ja miałem: empatia, bliskość, a oboje rodzice są bankowcami i chcą, żeby ich dziecko było analitykiem, to niech po teście przynajmniej wiedzą, że od tego człowieka nie można tego oczekiwać. I niech się nie stresują, że spędza czas grając na gitarze, bo być może będzie to jego przyszłość.

Po tym wszystkim co mi opowiedziałeś jak się dzisiaj, w wieku 57 lat ze sobą czujesz?

Że mam 57 lat to wiem z kalendarza. Mam wrażenie, że moje życie zaczęło się dopiero parę lat temu. Nie mogę się doczekać następnego dnia, tygodnia, miesiąca. Jestem bardzo podekscytowany tym co mnie czeka w nadchodzących latach, w tym biznesie, który sobie wymyśliłem. Długi czas do niego dojrzewałem i dokładnie wiem co chcę zrobić. Dokładnie doszlifowałem jak prowadzić biznes. *mowa o mogewszystko.pl

 

Krzysztof Litwiński, tłumacz prezydentów
fot. arch. Krzysztof Litwiński

Obojętnie, o której budzik zadzwoni wstajesz chętnie?

Nie, wstaję tak jak każdy. Uwielbiam leżeć w łóżku, uwielbiam spać. Mamy 2 duże psy, które przychodzą z nami spać, więc czasem jak się budzę i mam obok ciepły łeb to w ogóle nie chce się wstawać, ale nic bym w moim życiu nie zmienił.

Co myślisz o spisaniu w książkę takich historii jak twoja? Jakieś rekomendacje?

Rób w tej książce to co czujesz, gdzie chciałabyś pójść. Trzeba działać, odpalić, a potem dostosowywać. Nie ma co całe życie robić założeń. Bo może na końcu wyjść coś innego niż pomysł, z którym zaczynałaś. Słuchaj siebie. Gdzie ta książka, te rozmowy cię zaprowadzą, jaki procent dnia poświęciłaś na pracę nad nią?

Cudownie się Was słuchało. Dziękuję bardzo i niech ta historia idzie w świat!

PS. Wywiad ma oryginalnie 52 strony. W książce pojawi się w szerszym zakresie 🙂

Moje DLACZEGO

Follow my blog with Bloglovin

otwarte drzwi cytat billy cox

 

Kilka lat temu w korporacji, w której pracowałam ogłoszono zwolnienia grupowe. Zwolnionych miało być kilkaset osób, a proces ten miał trwać cały rok. Mieliśmy do zrealizowania swoje budżety, a informacja o zwolnieniach sprawiła, że pracowaliśmy pod jeszcze większą presją. Ponieważ pisano o tym w prasie, pytania o zwolnienia i o atmosferę w firmie były częścią niemal każdego spotkania z klientami. Na jednym z takich spotkań mój klient, przedsiębiorca, podzielił się ze mną swoją historią zwolnienia z pracy.

Był wysoko wykwalifikowanym inżynierem, który po zwolnieniu musiał przyjąć pracę mocno poniżej swoich kwalifikacji z powodu konieczności spłacania kredytu na dom. Jednak z czasem w nowym miejscu udowodnił swoją wartość i awansował. Dzięki poznaniu nowej branży i nawiązaniu dobrych kontaktów z ludźmi założył kilka lat później własną firmę. Poznałam tę firmę i mogę powiedzieć, że było to modelowo rozwijające się przedsiębiorstwo. Historia tego człowieka miała jeszcze jeden niespodziewany finał w postaci zakochania się w pani menedżer i późniejszym założeniu z nią rodziny.

Wysłuchałam jej wtedy z wypiekami na twarzy i przypomniałam sobie stare przysłowie, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Po powrocie ze spotkania opowiedziałam ją w swoim zespole. Historia ta zrobiła wrażenie na wszystkich i mocno nas wtedy pokrzepiła. W kolejnych tygodniach opowiedziałam ją jeszcze kilku innym osobom, za każdym razem czując wielką ekscytację. Żyłam tą historią!

Minęło kilka miesięcy. Któregoś razu znalazłam szkolenie o rozwijaniu swoich talentów i poczułam, że bardzo chcę na nie pojechać. Było w Warszawie i nie było tanie, dlatego przymierzałam się do niego przez dłuższy czas. Moja rodzina powiedziałaby „fanaberia”. Aż pewnego dnia podjęłam decyzję, pojechałam i … usłyszałam tam kolejną niesamowitą historię. Przeczytasz ją tutaj. Nie wiem kiedy dokładnie to się stało, ale z tych dwóch ziarenek wrzuconych w moje serce wyrosło olbrzymie pragnienie poszukania więcej takich historii, aby dodać odwagi i zainspirować siebie i innych. Bo skoro ja radziłam sobie z widmem zwolnienia słabo, choć oczywiście starałam się tego nie okazywać, to pomyślałam sobie, że i inni ludzie w takiej sytuacji mogą czuć się podobnie.

Postanowiłam, że zbiorę w książkę historie o mocnych zwrotach w karierze. Długo szukałam pomysłu jaki mogłaby nosić tytuł, aż pewnego dnia znalazłam można.pl, które było na sprzedaż. Poczułam, że czekało właśnie na mnie, a wraz z tą nazwą zrodziło się we mnie kolejne wielkie pragnienie stworzenia w internecie miejsca, gdzie będę się dzielić z wami pozytywnymi historiami. Historiami o ciekawych zwrotach w karierze, zwrotach w biznesie i w ogóle o dobrych praktykach zawodowo-biznesowych. Pomagam takie pozytywne zmiany wprowadzać w życie jako coach i konsultant.

Nigdy nie mogłam nadziwić się dlaczego wiadomości, które serwują nam media dotyczą w większości informacji negatywnych. To przekłada się potem na inne obszary naszego życia. Jak więc mamy być efektywni w pracy, w domu? Jak mamy być szczęśliwi? Mam w sobie dużą niezgodę na zwracanie naszej uwagi na negatywne wiadomości. Dlatego postanowiłam dzielić się wiadomościami pozytywnymi i mam nadzieję zarażać tą ideą kolejne osoby. Chcę, aby ta strona była dla was inspiracją o tym, że można. Można w Polsce, można.pl 🙂