WYWIAD: O gospodyni wiejskiej, która kupiła kopalnię złota

Elżbieta Szumska, Kopalnia Złota w Złotym Stoku
fot. arch. Elżbieta Szumska

Follow my blog with Bloglovin

 

Elżbieta Szumska – mała uśmiechnięta dziewczyna. Tak powiedziała o dawnej sobie, ale kiedy dziś na nią patrzę, mimo 56 lat, nadal nią jest. We wszystkim co robi daje z siebie więcej niż można oczekiwać. Tak po prostu ma. Tętni pasją. Do życia, do działania, do ludzi. Od razu budzi sympatię. Przez 23 lata była żoną, matką i … gospodynią wiejską. Aż zaproponowano jej pracę przewodnika w kopalni złota. Sekretne podziemia znała jak własną kieszeń, bo od dziecka prowadzał ją po nich starszy brat. Chciał zostać archeologiem, a ona miała być jego asystentką. Potem kupiła kopalnię, która dzięki niej 20 lat później zdobyła tytuł najlepszej atrakcji turystycznej Polski 2015 roku. Życie niewątpliwie obdarowało ją intensywnością. Zarówno trudnych, jak i wspaniałych zdarzeń. O trudach mówi: Zaciskam piąstki i idę dalej. A o dobrych rzeczach: Przyszło do mnie w odpowiednim momencie. To historia najbardziej nieoczekiwanej kariery o jakiej słyszałam.

 

 W jaki sposób wybrała Pani swoje wykształcenie?

Mieszkałam z rodzicami na wsi, w takiej małej miejscowości pod Lubinem, Osiek. W domu mieliśmy zawsze dużo kotów i psów i nazywano mnie kocią mamą. W wózku dla lalek nie woziłam lalek tylko koty. Byłam w nich zakochana. Od dziecka marzyłam o tym, aby mieć schronisko dla zwierząt, żeby się nimi opiekować. Kiedy skończyłam ósmą klasę postanowiłam, że chcę zostać weterynarzem. Z Lubina najbliższe technikum weterynaryjne było w Jeleniej Górze, więc w wieku czternastu lat skazana byłam na wyjazd poza dom, mieszkanie na stancji i samodzielne życie. Mama przekonywała mnie, żebym tam nie szła. Była nauczycielką, dyrektorką szkoły, siostra również była nauczycielką, brat został księdzem. Mówiła, że wszyscy tak „normalnie”, „życiowo”, a ja chcę iść na weterynarza. Była o to walka. Prosiła, abym to przemyślała, że to nie jest praca dla kobiet, że tyle jest innych fajniejszych zawodów, zawodziła mnie do różnych szkół, a ja z uporem maniaka mówiłam: Nie, chcę być weterynarzem.

I jak to się skończyło?

Dostałam się do tego technikum, chociaż nie było to łatwe. To była bardzo elitarna szkoła, mała, po jednej klasie w roczniku. To były najpiękniejsze lata w moim życiu. Przyjaźnie ze szkoły trwają do dzisiaj. Pamiętam pierwsze spotkanie z dziewczynami, kandydatkami do technikum. Zawieziono nas do rzeźni. Specjalnie, żeby pokazać nam, że weterynarz to nie tylko głaskanie zwierzątek, ale że to jest ciężki zawód. I pokazano nam go od drugiej strony; krowy skazane na ubój, jak ten ubój wygląda. Po raz pierwszy widziałam takie rzeczy. Przerażające, ale mnie to nie odstraszyło. Pamiętam, że dwie dziewczyny zrezygnowały, powiedziały, że jednak nie będą pracowały w tym zawodzie. Ja się utrzymałam. Technikum skończyłam i dostałam się na studia weterynaryjne we Wrocławiu, ale po roku zrezygnowałam. Mój chłopak był młodszy ode mnie o rok i też uczył się w tym samym technikum. Zaczekałam na niego, a kiedy zdał maturę mogliśmy się pobrać i żyć gdzieś razem.

Ile dziewczyn skończyło technikum?

Z naszej klasy wystartowało pięć, a skończyły trzy. Chłopaków było trzydziestu. Teraz z perspektywy czasu patrząc mama miała rację – to nie jest zawód dla kobiet. Naprawdę. Np. byłam na praktyce gdzie musiałam przecinać martwy płód w krowie. Cielątko było duże, krowa nie mogła go urodzić i zmarło. Musiałam poprzecinać je taką specjalną cienką żyłką, żeby je w częściach wyciągnąć. Zrobiłam to. Jak coś muszę zrobić to zaciskam zęby, piąstki i robię to. Łzy mi ciekną, ale jestem zahartowana przez tą szkołę. Ona mi się o tyle przydała, że w sytuacjach trudnych, gdzie większość ludzi panikuje, spinam się i działam. Mam wtedy taką żelazną wolę, jakby jakiś automat się włączał. Ale nie chciałabym, żeby któreś z moich dzieci lub wnucząt zostało weterynarzem. Wiadomo, że są tzw. małe ambulatoria gdzie są małe zwierzątka, rybki, to ewentualnie tak, ale przy dużych zwierzętach – ciężka praca, trzeba dużo siły, odporności. Trzeba ograniczyć swoją wrażliwość.

Czy pracowała Pani jako weterynarz?

Mając dyplom technika weterynarii mogłam wykonywać wiele zabiegów, ale nigdy nie pracowałam w zawodzie. Kiedy mój chłopak, Zbyszek, zdał maturę kupiliśmy dzięki jednym i drugim rodzicom gospodarstwo rolne koło Złotego Stoku. Chcieliśmy mieć w nim zwierzęta: krowy, kury, świnie, kaczki. Mając nasze umiejętności mogliśmy bez przeszkód prowadzić takie gospodarstwo. Kupiliśmy je w pięknym miejscu, dom za wsią, przy szemrzącym strumyku, blisko las, 140 ha ziemi. Jak się patrzyło to hen, hen – wszystko było nasze i dwójka po szkole młodzieniaszków. Bardzo romantycznie. Tylko, że nie mieliśmy doświadczenia w pracy na gospodarstwie, ani życiowego. Za to dużo chęci i zapału.

To było poniemieckie gospodarstwo, wielki dom, kiedyś musiało pięknie prosperować, ale wtedy było podupadłe. Mieszkał tam jakiś pijak, niszczył budynek, na przykład przecinał stropowe belki, bo potrzebował na opał. W domu było 12 pomieszczeń, ale tylko jedno nadawało się do mieszkania. Zorganizowaliśmy w nim wszystko: naszą kuchnię, łazienkę, spanie i pokój gościnny, ale tam było mnóstwo radości. Ile przyjeżdżało do nas ludzi na wakacje, wszyscy ze szkoły! Do domu wchodziło się tylko podczas gotowania obiadu i na noc, a tak cały dzień byliśmy na zewnątrz. Ciężko pracowaliśmy, przy żniwach czy sianokosach, ale robiliśmy to wspólnie ze znajomymi. Najpierw ciężka praca, a potem wieczorem ognisko, kiełbasa, wspomnienia, śmiechy. Z roku na rok przybywało nam chętnych do pomocy. Mieliśmy taki otwarty dom, gdzie gro znajomych spędzało urlopy. Na przykład kiedy byłam w ciąży z pierwszą córką znajomi wymalowali nam pomieszczenie, żeby mała miała czysto jak się urodzi. Pomogli umeblować, ktoś zrobił coś z desek, jakąś szafkę, półkę. I tak żyliśmy w niesamowitej biedzie, ale z entuzjazmem i radością. Gdyby dzisiaj ktoś spojrzał na to to by powiedział, że w takiej biedzie musiało być mi strasznie. Tymczasem nie pamiętam, żeby było strasznie. Było mi radośnie, byłam otoczona grupą przyjaciół i nie patrzyłam, że nie mam pieniędzy, że mnie na coś nie stać. Było co jeść, bo kura chodziła, jajko zniosła, świnia była. Zupełnie inaczej człowiek funkcjonował, cieszył się wszystkim.

Gospodarstwo było jednak złe politycznie. Mając tyle hektarów wydawało mi się, że będzie żyło nam się normalnie, że nie będzie głodu, problemów finansowych, ale polska polityka rolna była dziwna. Jak mieliśmy świnie i hodowaliśmy je przez rok z nadzieją, że w marcu je sprzedamy i będziemy mieli dużo pieniędzy, to w marcu okazywało się, że koniunktura na świnie spadła radykalnie i sprzedawało się je czasem nawet poniżej kosztów. Trzeba było przecież kupować pasze, szczepić i sprzedawało się je za grosze, bo okazywało się, że teraz krowy są na topie i gdybyśmy cielaki sprzedawali to byłoby lepiej. Więc przerzucaliśmy się na młode cielaki, ale zanim urosły koniunktura była już na owce. Nie można było tego dogonić. Ze zbożem tak samo. Mieliśmy tyle obsianych hektarów! Ale jak w czasie żniw spadł deszcz, zboże zmokło, trzeba było szuflować je w stodole, żeby nie zaparowało. Zawoziliśmy zboże do skupu, a oni mówili: Nie, brudne, mokre, nie damy takiej ceny. I cięgle było pod górę.

Było wtedy takie przysłowie: Kto ma owce, ten ma co chce. Więc kupiliśmy stado owiec. Mieliśmy 100 matek hodowlanych, one się kociły – to było cudne. Czasami były bliźniaki, trzeba było wstawać o 6.00 rano, dokarmiać je, a najpierw jeszcze wydoić krowy. To był taki inny, spokojny czas. Dzieci, Gośka z Martą, rosły w towarzystwie tych zwierząt, w kontakcie z przyrodą i to było dla nich dobre. Mieliśmy oswojoną sarnę. Kiedyś znaleźliśmy ją maleńką, zagubioną, więc zaopiekowaliśmy się nią. W ciągu dnia biegała po lesie, ale na noc wracała do nas do domu, Rogalinda nasza.

A jaka jest różnica wieku między córkami?

5 lat, a między najstarszą córką a synem – 15 lat. To była wielka radość, bo dziewczyny były już takie pannice, nie chciały się przytulać i wtedy przydarzył nam się syn. Było biednie. W pewnym momencie wiedziałam już, że muszę mieć jakąś stałą pracę z pensją co miesiąc, bo w gospodarstwie całymi miesiącami pracuje się bez pieniędzy. Zboże sprzedaje się latem, pieniądze są, ale muszą starczyć na cały rok. A wiadomo – dzieci chodzą do szkoły. Pamiętam, że jak zbliżały się święta, czy Bożego Narodzenia, czy Wielkanocy to mi się płakać chciało, bo nie miałam pieniędzy, żeby zrobić im prezenty. Jakaś czekoladka się znalazła, ale chciałam tym dziewczynom kupić coś więcej, a nie było za co. Były rzeczy, za które musieliśmy płacić i potem nic nie zostawało. Święta spędzaliśmy zwykle w smutnym nastroju, w poczuciu bezradności, bo przecież tak ciężko pracowaliśmy na gospodarstwie, tak bardzo chcieliśmy, żeby choć święta przeżyć radośnie, coś sobie kupić, a nie mogliśmy. I wtedy podjęłam decyzję, że muszę pójść do pracy.

Długo Pani o tej pracy myślała?

Pomyślałam i zrobiłam. Usiadłam kiedyś z mężem, powiedziałam mu:

– Wiesz co, Zbyszku… To nie może tak być.

Ciągle żyliśmy nadzieją, że coś w tej gospodarce się zmieni. Ale w końcu powiedziałam STOP, bo wiedziałam, że nie mamy wpływu na politykę, na przepisy. Np. gdy mieliśmy owce, dużo pieniędzy otrzymywało się po strzyżeniu i cieszyliśmy się na to. Ale polski rząd podpisał umowę z Nową Zelandią na import ich wełny. Jeździłam wtedy od skupu do skupu i nikt nie był zainteresowany kupnem mojej. To po co tyle pracy, wysiłku? Dlaczego nikt na górze nie pomyślał o nas, o swoim kraju, o swoich ludziach, którzy coś tworzą, żeby nas jakoś ochronić? Nie mogłam tego zrozumieć. Nie lubię polityki. Jak sama sobie nie wypracuję to nikt mi nic nie da.

A jak Pani było czasem tak ciężko to jak sobie Pani dodawała otuchy?

Zawsze miałam przyjaciół wokół. Nie uznawałam swojego życia za złe, czy katastrofalnie ciężkie. Wszyscy tak żyli. Sąsiedzi też. A jak się coś udało to traktowałam to w kategorii szczęścia. Ogólnie dobrze wspominam ten okres dzięki ludziom, którzy przewijali się przez nasz dom. Np. przyjeżdżała na tydzień na wakacje moja kuzynka, a potem mówiła, że zostanie jeszcze jeden tydzień i tak zostawała całe dwa miesiące. Ci ludzie przyjeżdżali do nas jak na najlepsze wakacje w swoim życiu. Te wspólne kolacje wieczorem! Jak już nie było co jeść to była cebula duszona, którą bardzo lubię.

Bardzo dużo pomogła mi taka książka, Pollyanna. Ona prowadziła mnie przez życie. Jak dopadał mnie smutek to brałam sobie tę książkę i grałam w grę, w którą grała bohaterka: Co jest dobrego w tym co mnie teraz spotkało? Nie patrz co jest złe, patrz co jest dobre, mówiłam do siebie. Nie zapomnę jak staraliśmy się o kredyt na krowy. Myślałam sobie wtedy: Boże, żeby dano nam ten kredyt, bo wtedy już nawet widmo komornika było nad nami. We wsi było nas trzy przyjezdne z zewnątrz rodziny. I tamci kredyt dostali, a my nie. Byłam załamana, nie widziałam już żadnej deski ratunku, żeby przeżyć i to był moment kiedy zdecydowałam, że muszę zacząć pracować. A potem okazało się, że kredyty poszły w górę, koniunktura na krowy spadła i oni przez to zbankrutowali. A ja się uratowałam. Więc nie ma co. Jak coś się nie uda być może tak ma być.

Miałam wtedy 43 lata. Było trudno znaleźć pracę po tylu latach gospodarzenia, życiu na odludziu, choć oczywiście byłam wśród ludzi. Należałam do koła gospodyń, chodziłam z gitarą, inspirowałam starsze ode mnie panie, nie usiedziałam w miejscu. Próbowałam we wsi działać społecznie. Przedtem działałam w harcerstwie, siostra też. Tak zostałyśmy wychowane.

Kiedy nauczyła się Pani grać na gitarze?

Mój starszy o 2 lata brat nauczył mnie wszystkiego. Nauczył mnie też łazić po kryptach, grać w szachy. Taki prawdziwy starszy brat, który brał mnie za rękę i mówił: Chodź, teraz pójdziemy do trupiarni. I pokazywał mi różne zakamarki, kopaliśmy, grzebaliśmy. Marzył o tym, aby być archeologiem, a ja mówiłam, że będę jego pomocnikiem, będę chodzić za nim i też grzebać w ziemi.

Ile miała Pani lat jak pierwszy raz poszła z nim w takie tajemne miejsca?

6-7 lat. Zaszczepił mi to od dziecka.

Więc tak: grałam na gitarze, prowadziłam gospodarstwo, plewiłam buraki na 5 hektarach. Przed obiadem, po obiedzie. A potem przeszedł ten moment kiedy miałam 43 lata. Powiedziałam sobie, że muszę mieć regularne pieniądze. Na chleb, na książki, zeszyty czy ołówki dla dzieci, bo inaczej zwariuję. Znalazła się praca w sklepie z męskimi garniturami w Ząbkowicach. Daleko, ale zdecydowałam się spróbować tym bardziej, że z mojej wsi jeździła tam samochodem koleżanka, więc mogłyśmy koszty dzielić na pół. Cudna praca. W końcu kontakt z ludźmi. Na wsi miałam tylko tych moich przyjaciół, czasem spotkania w kole gospodyń wiejskich. Poza tym byłam sama z dziećmi i z krowami.

Nie mogłam się nacieszyć tymi ludźmi. Każdy kto przychodził był przeze mnie hołubiony. Ludzie polubili ten sklep, polubili mnie, małą uśmiechniętą dziewczynę. Coraz więcej zaczęło ich tam przychodzić, nawet licealiści po szkole. To był całkiem duży sklep, były dwa stoliki i zrobiłam z niego taką kawiarenkę. Oni tam przychodzili, żeby nie czekać na zewnątrz na autobus, a potem kiedy były matury miałam zamówienie na 40 garniturów, bo wszyscy chcieli kupować u mnie. Mnóstwo znajomości i przyjaźni. Szef był w szoku. Na początku się krzywił na moje „dziwne” pomysły, ale później zobaczył zwiększone obroty i dał mi wolną rękę. Potem dostałam jeszcze stoisko z butami. Wtedy zdałam sobie sprawę, że kontakt z ludźmi daje mi niewiarygodną siłę i radość.

Po raz drugi, prawda? Bo najpierw dzięki tym przyjeżdżającym przyjaciołom.

Tak. Takie uskrzydlanie. Nie wiem skąd to się brało.

Płynie we krwi u niektórych.

Tak, chyba tak mam po prostu. Po 3 latach pracy w sklepie, w 1996r. dostałam propozycję pracy w kopalni złota w Złotym Stoku. Otwierano turystyczną trasę podziemną i szukano przewodników.

– A ile będę zarabiać, zapytałam.

– 500 zł. W sklepie zarabiałam 1500 zł, wtedy to było dużo. Bardzo się wahałam. Zaproponowałam, że w tygodniu będę pracować w sklepie, a w weekend spróbuję być przewodnikiem. Dziobałam wszystko: historię, geologię, geografię. Uczyłam się nocami, nocami wyjeżdżałam z kolegą do dzikiej sztolni, oglądałam jak to wygląda. Jak w coś wchodzę to całym sercem.

Ale dlaczego zwrócono się akurat do Pani?

Jak wydoiłam krowy, wszystko wysprzątałam i położyłam dzieci spać, to miałam czas albo na czytanie, albo na penetrowanie. Uwielbiam podziemia od zawsze. Od tych 6 czy 7 lat kiedy brat zabierał mnie w różne katakumby. W okolicy były kopalnie, więc jest mnóstwo dzikich wejść w lesie i kiedyś ten kolega pokazywał mi je, np. Sztolnię Lisią. Jak tam weszłam to nie chciałam wyjść. Mówiłam mu: jeszcze tu zobaczmy, tam wejdźmy, tam odkopmy. W podziemiach, w tej ciszy jestem w swoim żywiole. Potem chyba dlatego pokochałam też pływanie. I tak to się zaczęło. Jak kolega zorientował się, że mnie to bawi to zwiedzaliśmy wszystkie okoliczne sztolnie. I dlatego kiedy otwarto kopalnię złota tak mnie namawiał. W końcu zdecydowałam się na weekendy. Moja pierwsza grupa:

– Witam, oprowadzę państwa.

I zaczynam opowiadać ile ja już wiem. Nazwiska, daty. A ludzie tak stoją biedni, słuchają, ale widać, że nie do końca ich to interesuje. I wtedy na tym moim pierwszym oprowadzaniu zdałam sobie sprawę, że to nie chodzi o daty i nazwiska. Nagle po prostu powiedziałam im:

– Wiecie państwo, znałam tą sztolnię na dziko jeszcze. Nie było tego wejścia, tylko tutaj przechodziliśmy – i zaczynam pokazywać jak trzeba było się przeciskać. Żeby to pokazać wzięłam chłopczyka i mówię: spróbuj się tutaj przecisnąć. I zaczęłam opowiadać normalnie, tak jakbym opowiadała przyjaciołom, a nie recytować wyuczone teksty. I tak to się zaczęło. Opowiadałam po swojemu. Rysiu, ten kolega, który został prezesem kopalni, złościł się trochę, że nie wymieniam dat.

– Ale jest broszurka za 5 zł, odpowiadałam. Jeśli ktoś chce znać daty może ją sobie kupić. A jak ja mówię o datach to dzieci się nudzą. A ja oprowadzam bardziej pod dzieci.

Wiem po sobie. Jak już mi się czasem udało gdzieś wyjechać z dziećmi za uzbierane pieniądze to patrzyłam na nie czy im się oczy iskrzą, czy się cieszą. Bo ja cieszę się kiedy one się cieszą. Więc tutaj oprowadzałam tak, żeby dzieci wyszły zadowolone, żeby mówiły: WOW, ale tu fajnie! A dorosłych zachęcałam, żeby podeszli i zapytali się, jeśli interesują ich jakieś daty czy inne szczegóły.

Wydaje mi się, że o wiele fajniej doczytuje się daty później, kiedy zna się całą historię, tą tajemniczą otoczkę.

Właśnie. I teraz kiedy zatrudniam przewodników rozmawiam z kimś 2 minuty i już wiem czy się nadaje czy nie. Wiedzę trzeba mieć, wiadomo. Ale opowiadamy „normalnie”. Latem jest trudniej, bo jest tyle grup, że nie dajemy rady opowiadać z takim pietyzmem jakbyśmy chcieli. Lepiej przyjechać poza sezonem, który trwa od maja do sierpnia. W maju i czerwcu mamy szkoły, po 70 autokarów dziennie, więc jest młyn. Oczywiście to nas cieszy, bo mogę zatrudnić aż 100 osób latem i 42 osób zimą. To też jest dla mnie ważne. Latem wypracowujemy tyle, że zimą mogę już trzeci rok utrzymać tylu pracowników. Chciałabym zatrzymać ich wszystkich na cały rok, bo są cudni, ale nie jestem w stanie. Z punktu widzenia biznesowego powinnam kopalnię zamykać na 6 miesięcy poza sezonem, zaoszczędziłabym dużo pieniędzy, ale oni byliby bez pracy. I potem nie miałabym ich już latem, bo pojechaliby szukać pracy gdzie indziej. Z tych, których zwalniam na zimę 99% wraca potem w kwietniu. To jest dla mnie wielka radość. Po prostu na zimę szukają innego zajęcia.

Np. jeden z moich najlepszych przewodników pojechał do Anglii. Miał rodzinę, chciał się dorobić. Powiedziałam: Rozumiem, jedź. Po dwóch latach wrócił do mnie i chciał znowu pracować. Przyjęłam go, bo był naprawdę świetny. Z kolei jeden z kelnerów z restauracji przyszedł i powiedział, że chce się rozwijać i pojechał pracować do Wrocławia. Po roku wrócił mówiąc, że zarobki miał podobne, ale wyższe koszty utrzymania. Za to atmosfera pracy była bez porównania gorsza. Czuł się jak pionek, nie jak człowiek. Ja podchodzę do każdego życiowo. Znam mniej więcej sytuację rodzinną swoich pracowników, wiem kogo nie mogę zwolnić zimą. Ale dzięki temu, że wyjechał przywiózł nowe pomysły, taki powiew świeżości do naszej restauracji, nabrał ogłady. Więc ten wyjazd okazał się z korzyścią i dla niego i dla nas.

Myślę, że teraz zyskała Pani lojalnego, świadomego pracownika. „Byłem, widziałem, wybieram pracować tutaj.”

Dokładnie. Trzeba próbować, ale nie wolno palić mostów za sobą. A miałam takie sytuacje. Ktoś u mnie przezimował, a zimą praca jest tu lekka, jest jej mało. A potem przed sezonem mówił mi, że od jutra nie przychodzi, bo dostał lepszą pracę. To boli. Jeśli ktoś powie mi miesiąc przed to ja to zrozumiem. Nikogo nie chcę blokować, znajdę sobie inną osobę, ale muszę wiedzieć wcześniej. Miałam tak np. w zeszłym roku. Bardzo ważna osoba w naszym zespole zrezygnowała z dnia na dzień. Dosłownie firma uklękła wtedy na jedno kolano. Na szczęście właśnie wtedy wróciła córka. Gośka podróżowała po świecie, ratowała dzieci na Filipinach, była w Indiach, Chinach. Nie nadążałam gdzie ona jest i nie liczyłam na nią. Aż pewnego dnia zadzwoniła i powiedziała, że ma już dość podróży i chce wracać. Zakochała się w chłopaku z Wałbrzycha i wrócili tu razem. To się na szczęście nałożyło w czasie, więc nie odczułam braku.

Szczęściara…Ale wróćmy chronologicznie do wydarzeń. Jak długo pracuje Pani i w sklepie i w kopalni?

Miesiąc. Ale już po pierwszym oprowadzaniu wiedziałam co wybiorę. Kocham oprowadzać ludzi, opowiadać im, pokazywać zakamarki i dzielić tym co czuję. Po tych 2 dniach pracy wiedziałam, że to jest to, że to jest moje miejsce i zaraz w poniedziałek opowiedziałam o tym szefowi i złożyłam wypowiedzenie. Szef był zły i tego samego dnia zrobił mi remanent w sklepie, który wyszedł dla mnie niekorzystnie. Były braki, ale przecież garnitur nie może zaginąć, ani nikt go ukraść nie może, bo jest duży. Musiałam zapłacić za ten brak i to pomogło mi podjąć decyzję. Gdyby mnie poprosił, to ja pewnie bym tam jeszcze została, ale byłam bardzo rozżalona. Nie byłam wtedy zbyt asertywna, długo musiałam się tego uczyć.

Przez ten miesiąc nie mogłam się doczekać kolejnych weekendów pracy w kopalni. Było nas tylko czworo: 2 przewodniczki, księgowa i prezes. To była spółka należąca w 40% do gminy i w 60% do 12 udziałowców, którzy zainwestowali w kopalnię, aby można było otworzyć trasę turystyczną. Ale zarówno inwestorzy, jak i kolejni prezesi zawsze byli z zewnątrz i nie bywali tu.

W 1997r. była powódź i z powodu paniki zasianej przez media, że tu jest zaraza i woda niezdatna do picia, turyści przestali przyjeżdżać. Ledwie się to trochę rozhulało, a tu powódź, a potem powtórka w 1998r. Udziałowcy tracili cierpliwość i chcieli dywidendy. Urzędowali we Wrocławiu i przyjeżdżali tu 2-3 razy w roku. De facto ja to wszystko prowadziłam, zajmowałam się księgowością, kadrami, oprowadzaniem, wymyślaniem nowych pamiątek. Kiedy zgłaszałam im konieczność jakiś napraw machali na to ręką i czułam, że idzie to w złym kierunku. Ówczesny burmistrz zapytał mi się wtedy czy chcę wydzierżawić tą trasę, bo wiedział, że nią żyłam. Ogłoszono przetarg i łut szczęścia, bo bym przegrała. Jedno wejście do banku uratowało mi życie. Całość dokumentacji przygotowałyśmy razem z koleżanką Beatą i miałyśmy wydzierżawić trasę razem. Wadium 10 tys. zł, roczna dzierżawa 180 tys. zł. Koleżanka miała bogatego przyjaciela, który pożyczył nam pieniądze. Dwa dni przed rozstrzygnięciem przetargu byłam przypadkowo w banku i na pożegnanie powiedziałam:

– Trzymajcie kciuki, żebyśmy wygrały ten przetarg. Wszyscy wiedzieli o co chodzi. A jedna koleżanka pracująca w tym banku pyta się:

– Ela, a Ty kiedy wpłacisz?

– Ale co?

– Jak, co? Wadium.

– Przecież Beata wpłaciła.

– Nie, Beata wpłaciła na jakąś inną firmę.

Okazało się, że miesiąc wcześniej założyła z przyjacielem firmę w innej gminie, bo tutaj bym się wszystkiego dowiedziała i wadium wpłaciła na tamtą firmę. Gdyby nie wizyta w banku poszłabym na przetarg i dowiedziała się, że jestem pominięta. Przetarg miał być za 2 dni, to była ogromna kwota a ja jej nie miałam. Powiedziałam o tym mężowi, razem zastanawialiśmy się skąd pożyczyć pieniądze i przyszedł nam do głowy dziadek, który niedawno dostał tzw. sybirackie, odszkodowanie za pobyt na Syberii. Ale dziadek mieszkał w Jeleniej Górze! Pożyczyliśmy samochód, pojechaliśmy, dziadek wypłacił nam pieniądze i następnego dnia rano pojechałam do banku wpłacić je. Do pracy poszłam normalnie i mówię do Beaty:

– Jutro mamy przetarg. Ciekawe kto będzie startował.

A Beata – No, ciekawe.

Udaje?

Tak. Nazajutrz przyszła ze swoim przyjacielem na przetarg. Ja też byłam i nie zapomnę tego momentu. Zostajemy poproszone o wadium, ona przechodzi koło mnie z dokumentem w ręku i uśmiecha się. Pada pytanie czy ktoś ma jeszcze. I wtedy odzywam się ja. Widzę jej przerażone i wściekłe oczy. Zaproponowałam dzierżawę o 1 tys. zł wyższą, na 181 tys. zł, ale to nie miało wielkiego znaczenia, bo moja firma była stąd, a tamta z innego województwa, więc podatki trafiałyby gdzie indziej.

Czyli wygrywa Pani przetarg na…

zarządzanie trasą turystyczną kopalni na 10 lat i mogę to robić tak jak chcę. Po pierwszym roku (1999r.) nie byłam w stanie uzbierać kwoty na dzierżawę i musiałam dołożyć z gospodarstwa.

A co mąż przez wszystkie te lata?

Został na gospodarstwie. Ja prowadziłam je merytorycznie i logistycznie, ale na ciągniku jeździł on i to on wykonywał ciężkie prace. Wierzył we mnie. Jak trzeba było pieniędzy to ja szłam do banku, jak przychodził do nas komornik, a bywał często, to ja z nim negocjowałam. Takie ważne decyzje spadały na mnie niestety. Mąż żył w swoim świecie, męskim, gdzie mi nie wolno było wstępować. Wychodził pod sklep, do kolegów. Takie były zwyczaje na wsi – chłopy się spotykały i piły. A ja musiałam ogarniać dzieci i całą resztę. To mi się wydawało normalne, bo wszyscy tak robili. Pod sklepem był nie tylko mój mąż, byli sąsiedzi, a nawet sołtys. Wiedziałam, że nie przyjdzie mi pomóc, że muszę poradzić sobie sama.

Wiedziałam też, że w kopalni muszę się mocno zmobilizować, żeby mieć pieniądze dla siebie. Nie sztuką było przecież pracować tylko na czynsz dzierżawny. Wymyślałam różne rzeczy nie angażujące pieniędzy, bo ich nie było. Tak powstało Muzeum Przestróg, Uwag i Apeli.

Kopalnia Złota, Złoty Stok, Muzeum
fot. Dorota Krajewska-Roszyk

Widziałam i obfotografowałam te tablice. Są niesamowite: Nie myj jaj przed skupem, Nie sikaj do zlewu, Nie rzucaj młotkiem będąc na rusztowaniu.

To był pomysł z biedy. Daliśmy ogłoszenie, że kto przyniesie jakąś tabliczkę wchodzi za darmo i w ciągu bardzo krótkiego czasu mieliśmy już muzeum. Przyniesiono mnóstwo tabliczek. A potem napisano o tym w Rzeczpospolitej, przyjechał do nas Newsweek, zaproszono nas do Programu MdM i mieliśmy dzięki temu świetną reklamę. Na koniec programu p. Mann powiedział:

– Pani Elu, ja też się przygotowałem do naszego spotkania. Nie mam wprawdzie samej tabliczki, ale zdjęcie tabliczki z basenu, na którym byłem: „Nie sikaj do basenu, szkodzisz sobie i bliźniemu”.

Informacja o tabliczkach mocno pofrunęła w świat i mieliśmy dzięki temu mnóstwo odwiedzających.

Czyli tanim sumptem, ale dobrym pomysłem można wiele osiągnąć?

Tak. Przyjeżdżali ludzie i pytali się dlaczego nie wyremontuję budynku restauracji. Ale jak się nie ma pieniędzy to nie można w jednym roku naprawić np. wszystkich dachów. Działałam na zasadzie powolnego dreptania do przodu. Dzięki muzeum zarobiłam na remont pierwszego dachu. W kolejnym roku wyremontowaliśmy właśnie dach restauracji i zrobiliśmy bar. Restauracja nie miała jeszcze okien, drzwi były wywalone. Budynek był w strasznym stanie i odnawialiśmy go po malutku. Jak się cieszyliśmy kiedy kupiliśmy pierwszy komputer!

I staraliśmy się wymyślać rzeczy niedrogie, ale przynoszące niewspółmierny wynik. Ścianka wspinaczkowa, zwiedzanie z fabułą, czyli trochę inaczej niż standardowo z przewodnikiem, wykonując pewne zadania. Co roku wprowadzaliśmy coś nowego. Np. Jeden chodnik był zalany wodą. Zaczęło się od dwuosobowego dmuchanego pontonu, na który mogliśmy sprzedać 2 bilety. Ale ponieważ ze ścian wystają różne ostre rzeczy to ponton pękał, ludzie wpadali do lodowatej wody i wracali pieszo w wodzie ciągnąc go za sobą. Wiedzieliśmy, że musimy go zmienić. Na złomie kupiłam łódkę za 600 zł. Ja cię, 600 zł! Miałam nadzieję, że to się zwróci. Pomalowaliśmy ją pięknie i mogło już pływać 5 osób. Potem okazało się, że na ten spływ jest duże zainteresowanie i zamówiliśmy już specjalną płaskodenną łódkę na 16 osób. Czyli rozwój metodą ewolucji. Ja podziwiam, tu niedaleko są parki tematyczne w Krasiejowie, czy Bałtowie. Pojechałam do Bałtowa przed budową, a potem po roku wszystko stało już gotowe, cudne budynki, roślinność, dinozaury. Jak to fajnie. Ale potem pomyślałam, że my to tworzymy sami i cieszymy się z każdego kroku całą załogą. Na biznes są dwie metody: albo ktoś ma pieniądze i tworzy coś w ciągu jednego roku, a my to robimy 20 lat i cieszymy się przez 20 lat. Że znowu zrobiliśmy coś nowego i zaskoczymy turystów.

A kiedy kupuje Pani kopalnię?

Płacąc dzierżawę oddawałam 75-80% swojego obrotu, więc zostawało mi naprawdę mało. Robiłam niezbędne remonty, ale nie mogłam robić inwestycji. To spółka miała dbać o bezpieczeństwo chodników, ale robili to niechętnie. Marzyłam o tym, żeby mieć choć 2% udziałów i móc usiąść z nimi przy stole i powiedzieć:

– Słuchajcie, tam grozi zawalenie, są turyści, musimy to naprawić. Oni na Walnych Zgromadzeniach decydowali czy wypłacać dywidendę czy inwestować i jak nikt nie mówił inwestować to wiadomo, że się pieniądze rozchodziły na dywidendy. Aż pewnego razu znalazł się udziałowiec, który miał problemy finansowe i zwrócił się do mnie czy nie chcę kupić jego udziałów.

– Chcę, natychmiast chcę!

Kupiłam od niego moje pierwsze 12% (z tych 60%), a później nastąpiła lawina. Pozostali też powiedzieli, że chcą sprzedać swoje udziały, bo tu jest marny biznes i chcieli zainwestować w Kopalni Uranu przy Jaskini Niedźwiedziej, bo tam to dopiero spodziewali się zysków. Oczywiście chciałam kupić te udziały, ale potrzebowałam 600 tys. zł. Chodziłam po bankach chcąc dać w zastaw kopalnię i moje gospodarstwo. W końcu trafiłam na młodego, fajnego dyrektora w jednym z banków, opowiedziałam mu ile mam pomysłów, że ta kopalnia to skarb, że będzie przynosić wystarczające dochody na spłatę kredytu i on powiedział, że chce tu przyjechać i zobaczyć. Oprowadziłam go po tych ruinach, nie było wszystkich dachów.

To był prawdziwy bankowiec. Bo jak ma bank pożyczyć pieniądze tylko na liczby w sprawozdaniach finansowych czy prognozach? Tam można pokazać wszystko. A w ogóle pieniądze pożycza się człowiekowi, który albo jest rozsądny i zrobi wszystko, aby je zwrócić, albo nie. Przez lata byłam bankowcem, wiem co mówię.

Całe szczęście, że trafiłam na niego. Opowiedziałam mu o swoich pomysłach, miałam już wszystko ułożone w głowie. I on się zgodził. To był 2001r. Wzięłam kredyt na relatywnie krótko, bo na 5 lat. Chciałam jak najszybciej go spłacić, więc przez te 5 lat najważniejszy był ZUS, US, pracownicy i kredyt. Jak coś zostało to dobrze, a jak nie to przynajmniej wiedziałam, że mam opłacone wszystkie te obowiązkowe obciążenia.

Właścicieli spłaciłam i stałam się większościowym udziałowcem kopalni mając 65%. Jednocześnie obowiązywała umowa dzierżawy, więc płaciłam z jej tytułu sama sobie, a potem pieniądze z powrotem inwestowałam w kopalnię. Później wybrano nowego burmistrza, któremu nie podobał się ten układ. Zażądał ode mnie oddania udziałów gminie. – Ale ja je kupiłam i nie oddam, powiedziałam.

– Zrobię Panią prezesem, nęcił.

– Nie potrzebuję być żadnym prezesem, ja jestem teraz sama sobie prezesem.

I zaczęły się z nim problemy. Męczył mnie przez 12 lat.

Będąc współwłaścicielem kopalni wzięłam się za bezpieczeństwo. Wyremontowałam chodniki, wymieniłam obudowy. Cokolwiek zarobię, inwestuję dalej w kopalnię i atrakcje wokół niej, np. park techniki, escape rooms, mam pomysł na sztolnię gdzie bije woda mineralna i ciągle jest coś. Chcę wykupić wszystkie udziały od gminy.

Chce Pani sprzedawać wodę z tej sztolni?

Myślę, że tak. To super temat. Realizuję jeden pomysł i pojawia mi się następny.

Kolejne miejsca pracy i dodatkowe pieniądze dla kopalni i dla gminy? Jest piwo, teraz będzie woda.

Tak. Chcę zająć się tą sztolnią, odwodnić ją, zabezpieczyć. Jest śliczna! O źródle wiem z niemieckich dokumentów, wodę trzeba zbadać od nowa, bo sztolnia była zasypana przez 100 lat. Nikt o niej nie wiedział. Odkryliśmy ją przypadkowo. Wyszperałam w archiwum, że ta woda była o wiele lepsza niż w okolicznych uzdrowiskach.

A jak sobie Pani radziła z trudnymi ludźmi, z tym burmistrzem?

Najczęściej złość wyzwala złość. Już dawno temu zdałam sobie sprawę, że w takich sytuacjach nie można reagować złością, bo nic z tego dobrego nie wyjdzie. Wydaje mi się, że najgorsze dla osoby reagującej złością jest to, że druga strona nadal się uśmiecha. Mówi: Dobrze, przyjmuję to, nie zgadzam się, ale proponuję to i to. To banalne, ale po prostu bycie dobrym. Nikt mnie nie zmusi do podłego czynu. Pisano na mnie donosy do urzędów, zarówno anonimowe, jak i podpisane imiennie. Mogłam przecież zrobić to samo, ale brzydzę się czymś takim i nigdy tego nie zrobiłam. Sprawiedliwość i tak i tak wypłynie. Przyjmowałam to jakoś. Oczywiście wściekałam się, czasem ogarniała mnie bezradność, płakałam. Był taki moment kiedy kazano mi zdemontować park techniki na dwa miesiące przed otwarciem, bo nadzór budowlany dostał donos, znalazł jakąś nieprawidłowość i musiał ją sprawdzić.

Zrobiła to Pani?

Musiałam. Wynajęłam dwa olbrzymie bardzo drogie dźwigi, wyrywaliśmy umocowania i przenosiliśmy całą prawie gotową wioskę na drugi plac. Musiałam uzupełnić dokumenty i po roku budynki mogły wrócić na swoje miejsce. To bolało, również finansowo. Otwarcie wioski opóźniło się przez to o cały rok. Niestety na głupotę ludzką nie ma rady. Trzeba zacisnąć piąstki i iść do przodu. Nie pojechałam wtedy na urlop, odmówiłam sobie jeszcze innych rzeczy.

Mieszkańcy Złotego Stoku podchodzili do mnie na początku z rezerwą. Ma kopalnię złota, nie płaci podatków, jak głosił burmistrz. Postrzegana byłam jako taka cwaniura, która dorabia się na ich plecach, bo to przecież ich kopalnia. Długo taki wizerunek funkcjonował. Pomagałam gdzie mogłam, np. w szkołach, przedszkolach, klubach, czasem coś sponsorowałam, ale się tym nie chwaliłam. To pozostawało między mną a daną instytucją. Niektórzy wiedzieli, że można do mnie przyjść, że jak tylko mogę to pomogę, że domy dziecka mają u mnie zawsze wstęp wolny, ale generalnie opinia była taka, że Szumska dorobiła się na krwawicy miasta. Wiedziałam, że muszę zrobić coś takiego co ich przekona do mnie, coś dobrego. I mój serdeczny przyjaciel Piotrek wpadł na pomysł zrobienia Izby Pamięci.

– Niech oni zobaczą, że Ty żyjesz tym miastem, że pamiątki, które zbierasz są tu gloryfikowane, pięknie ułożone w gabloteczkach.

I tak zaczęłam robić Izbę Pamięci. Mieszkańcy pytali się po ile wejście, a ja mówiłam, że dla nich za darmo, bo przecież pomagają mi tą Izbę stworzyć, wpuszczają na swoje strychy. Chodziłam po strychach ludzi i pozwalali mi zabierać różne pamiątki.

Jak, osobiście?

Tak. Ile ja rzeczy tam znalazłam! Niewiarygodne, że tyle lat po wojnie znalazłam stare gazety, zdjęcia, piękne poniemieckie biurko, różności. Niesamowita przygoda. Wszystkie pamiątki są podpisane imiennie kto jest darczyńcą. Ludzie zaczęli przychodzić, a ja siadałam z nimi i opowiadałam. To był przełom. Przedtem przez 20 lat organizowałam Barbórkę ze Mszą Świętą w podziemiach kopalni i poczęstunkiem w restauracji, ale to było tylko jeden raz w roku. Z resztą jednego roku byłam tak zdołowana dokuczaniem burmistrza, że nie miałam siły na Barbórkę i jej nie zrobiłam. Ludzie się do niej przyzwyczaili i przychodzili pytać dlaczego jej nie będzie. Jak się dowiedzieli to coraz bardziej zaczęli brać moją stronę. Zaakceptowali mnie, a nawet proponowali, abym kandydowała na burmistrza w kolejnych wyborach. Mówili: Pani potrafi coś zrobić, jak Pani bierze coś w swoje ręce to to ożywa.

Ale wolała Pani kopalnię…

Polityk ze mnie żaden. Ktoś na niego pluje, a on mówi, że deszcz pada. Mieszkam w Złotym Stoku dopiero od 2007r., tu na górze, nad Izbą Pamięci (przyp. tuż przy wejściu do kopalni). Uwielbiam jak Ci ludzie zapraszają mnie na swoje strychy i do piwnic. Czasem idą ze mną i też patrzą, a czasem nie. Potem znoszę skarby i pytam się czy mogę zabrać, czy mam zapłacić. Ostatnio na 12 takich spontanicznych odwiedzin do 11 domów mnie wpuszczono. Kiedy idę przez miasto jestem już postrzegana jako ta zakręcona pozytywnie i ludzie traktują mnie życzliwie. Kiedyś jedna starsza Pani woła do mnie:

– Pani Szumska!

– Co się stało?

– Pani jeszcze u mnie na strychu nie była!

– Będę.

– Bo ja już posprzątałam i czekam (śmiech).

Jak dodawała sobie Pani energii jak było ciężko?

Znowu ludzie. Przychodzili do mnie, pocieszali mnie. I robienie dobrych rzeczy, ale nie na pokaz, tylko zgodnie ze sobą. Mama mnie tego nauczyła.

Co jeszcze oprócz kopalni, eksplorowania i szperania Pani lubi?

Uwielbiam też podróżować. Staram się wyjeżdżać dwa razy w roku przed i po sezonie, kiedy nie ma tu dużo ludzi. Zwiedzam świat i podglądam. To jest takie moje zboczenie zawodowe. Jak widzę jakąś atrakcję turystyczną to oglądam ją i wprowadzam potem u nas.

Co takiego przywiozła Pani z podróży co powstało tutaj?

W parku techniki mamy labirynt strachu, który zaczyna się od takiej tulei, która się kręci i turysta przechodząc przez mostek w tej tulei ma wrażenie, że kręci się most. Błędnik wariuje. Widziałam to w Rumunii przy zamku Drakuli. Obejrzałam, obfotografowałam, poprosiłam właściciela o pokazanie jak to działa od kuchni i zbudowałam dokładnie takie samo. Z resztą labirynt strachu jest bardzo podobny do tego w Rumunii. Inne drobne rzeczy jak ławki, czy takie specjalne ładne tablice informacyjne też. Jak już ktoś to wymyślił to ja nie wyważam otwartych drzwi i zwyczajnie powielam.

Jak reaguje Pani rodzina na te pomysły, na dość nietypowy sposób na życie?

Nie jestem typową mamą. Ale pewnie trzeba by zapytać dzieci. Gośka jest szaloną podróżniczką jak ja. Marta jest poukładana, ma dwójkę dzieci. Kiedy odeszłam od męża zamieszkałam tu z dziećmi w pomieszczeniach na górze, które wyremontowałam. Jeszcze jak przyjeżdżałam do pracy dzieci uwielbiały to miejsce. Gośka z kuzynem Grześkiem wymyśli np. postać gnoma. Wycięła w worku jutowym dziurę na ręce i głowę i przewiązała się paskiem. Idę kiedyś z grupą i słyszę nagle „pi, pi, pi”. Wszyscy byli zdziwieni, ja też. A potem pojawiały się i znikały małe postaci w jutowych workach. Okazało się, że to Gośka i Grzesiu biegali po chodnikach i wydawali te dźwięki. Musiałam naprędce wymyślić legendę, że w naszej kopalni mieszkają gnomy. Historia okazała się hitem, więc wiedziałam, że muszę zatrudnić gnoma na stałe.

W Złotym Stoku mieszkał Pan Gienek, dziś już świętej pamięci, który był karłem. Miał garb i mówił samogłoskami. Wymarzona postać. Więc poszłam do niego do domu, tam było tak biednie, że żal ściskał i mówię mu, że szukam do pracy w kopalni gnoma. Nic nie będzie musiał robić, uszyję mu tylko specjalny kubraczek i ma sobie chodzić po kopalni, a ja będę turystom opowiadała, że to gnom. Patrzył i patrzył na mnie. Myślałam, że nic nie rozumie, a on nagle mówi: „A a ile?”. Panie Gienku, dogadamy się. I przyjęłam go do pracy. Był cudownym, wiarygodnym gnomem. Poznał świetnie kopalnię i kiedy dzieciaki goniły go to bez problemu potrafił się schować. Gasił lampkę i znikał w czeluściach.

Nie zapomnę jak oprowadzałam kiedyś studentów ze zblazowanym profesorem. Mówił, że jeździ po całej Europie i przyjechał z postawą „no co nam Pani tu pokaże ciekawego”. Mówię, że mam rudę arsenową. Phii, widzieliśmy w Szwecji. Żyłę złota. Widzieliśmy gdzieś tam. Gniazdo gnomów. Tak patrzy na mnie… Co? No gnomy mamy. Jakie gnomy? Gnoma, gnomicę i małe, tylko jest nieoswojone. Idziemy dalej, stajemy przy mapie kopalni już wewnątrz i przybiega do mnie Gienek i krzyczy na mnie, bo skończyła mu się nafta do lampki. Obiecałam, że będę mu ją zawsze dawać, a tego dnia zapomniałam. I krzyczy na mnie strasznie po swojemu. A ja na to: Jak skończę to Panu dam. Profesor stał jak wryty i pyta się kto to. To właśnie ten gnom. Co on chciał? No nafty nie miał w lampce. On był absolutnie wymarzony do tej roli, z tym garbem, nie trzeba było żadnej charakteryzacji. Jeden ze studentów pyta się co oni jedzą. Odpowiadam, że gruszki. Tak mi strzeliło do głowy. Że podejrzałam ich kiedyś w nocy i jedzą gruszki. Profesor był osłupiały i całkiem serio powiedział, że tyle podróżuje, ale jeszcze takiego miejsca nie widział. Na koniec dnia przychodzi do mnie przewodniczka i mówi, że znalazła cały worek gruszek przy wejściu do kopalni. Studenci pojechali po nie i przywieźli je gnomom 🙂 I tak dzięki Gosi postać gnoma jest do dzisiaj jedną z naszych atrakcji.

Ale co Pani dzieci mówiły jak rozważała Pani kupno kopalni?

Gosia mi to niedawno powiedziała. One były małe. Kiedy wpadłam do domu i krzyknęłam, że kupiliśmy kopalnię, że zastawiłam wszystko: dom, samochód, wszystko co było cenne to ona nie rozumiała co to znaczy i poszła do pokoju płakać. Bała się, że coś straci, że to jest niebezpieczne. Ale szybko zmieniło się to, bo jak ja je zabierałam to zawsze w atmosferze czegoś nowego do odkrycia, przygody i przyjazd tu zawsze kojarzył im się z zabawą. Brałam je na dzikie wyprawy, poznawałam teren z nimi. Starałam się im przekazać moją miłość do podziemi i to się udało.

Marta pomaga mi od zawsze. Mogę już wyjechać i zostawić kopalnię na miesiąc. Teraz ma małą Janeczkę, więc trochę się wycofała, bo rodzina jest dla niej najważniejsza. Fajnie. Ma tu swoją firmę i pomaga mi w prowadzeniu baru, restauracji, ma swój paintball i inne atrakcje. I wróciła Gośka. Na Filipiny pojechała jako wolontariuszka odbudowywać domy po huraganie Jolanda. Za dnia wszyscy dorośli byli zajęci budowaniem, ale dzieci błąkały się. Ona gdziekolwiek jedzie bierze ze sobą pacynki. Któregoś razu postawiła tekturę i coś zaczęła pokazywać szóstce dzieci. Po dłuższej chwili kiedy wyjrzała z za tektury była już setka dzieci. One nie znały teatru, telewizji, nie miały tam takich atrakcji, więc te kukiełki okazały się strzałem w dziesiątkę. Z traumatycznych przeżyć można dzieci wyciągać również tak, nie tylko odbudowując im domy. Byłam z niej bardzo dumna.

Pojechała również na Syberię śladami moich teściów. Taka niesamowita historia miłosna dziadków. Dziadek został skazany do Irkucka na więzienie i miał tam zostać stracony. Babcia wzięła dzieci i po kilku latach dotarła tam. Zamieszkała blisko więzienia. Gośka wzięła plecak i pojechała sama jej śladami, nie znając rosyjskiego. Babcia jej opisała, że ma jechać 2 tygodnie pociągiem, a potem 2 dni końmi i tyle Gosia wiedziała. Ale udało jej się dotrzeć do przyjaciółki Babci. Babcia mieszkała u rosyjskiej rodziny i tam była kobieta, która miała dziecko w podobnym wieku i męża gdzieś na zsyłce, więc zaprzyjaźniły się. Babcia do Polski wróciła 60 lat temu i odtąd się nie widziały. Gosia znalazła ten dom, otworzyła jej staruszka, przedstawiła się, że jest wnuczką Janki, a staruszka przywitała ją jakby pożegnała się z Janką wczoraj. Zachadi, zachadi. Postawiła wódkę, boczek. Gosia mówi, że jest wegetarianką i nie je mięsa, a staruszka na to, że to jest nasze, wegetariańskie. Chyba pomyliło jej się z naturalne. I Gosia jadła ten „wegetariański” boczek (śmiech). Zadzwoniła zaraz do Babci, kobiety pogadały sobie, były łzy. Były potem w kontakcie ze sobą przez pół roku, a potem Szura zmarła. Babcia kazała kupić wieniec i mówi do Gosi, żeby pojechała na pogrzeb. Gosia pojechała po raz drugi, a potem napisała książkę o podróży Babci do Irkucka za mężem i swojej, jak podążała śladami Babci. Taka właśnie jest. Ale jak poznała chłopaka to się ustatkowała i powiedziała, że już nie chce tyle jeździć.

Trafił nam się zupełnie nieoczekiwanie pensjonat. Znowu pojawiło się coś dobrego w moim życiu w odpowiednim czasie. Nie zabiegałam o to. Przyszedł człowiek i powiedział, że chce mi sprzedać pensjonat, ale ja nie miałam pieniędzy. Pensjonat był położony w lesie, otoczony cudnym drzewostanem. Cisza, spokój, ostoja niewiarygodna. Właściciel mieszkał w Warszawie a tutaj miał pracownika, który zarządzał „od … do…”. Budynek był najczęściej zamknięty, pomalowany tak sobie, dach dziurawy, przeciekający, w środku czuło się wilgoć. Coraz mniej było imprez, powoli umierał. Kiedy weszła tam Gośka powiedziała, że śmierdzi. Więc wywietrzyłyśmy go, wyrzuciłyśmy stare zawilgocone materace, które od lat zalegały w piwnicy i to z niej wydobywał się ten zapach. Posprzątałyśmy, pomalowałyśmy na czysto, wstawiłyśmy kwiaty do okien i to wystarczyło, żeby ludzie z ciekawości zaczęli znowu przychodzić. Gośka uśmiechała się w progu i zagadywała:

– Mamy dzisiaj pyszne ciasto, może byście Państwo weszli na dobrą herbatę? Działa pozytywnie na … i coś wymyślała.

Kto nie wejdzie? Na herbatę każdego stać.

Na początku ludzie przechodzili obok, chcieli wejść, ale jednak wstydzili się. Otwarliśmy więc szeroko furtkę i daliśmy potykacz na środku drogi z napisem: Zapraszamy na herbatkę, mamy pyszne ciastko. No i tak to się zaczęło.

Ale jak go Pani kupiła?

Na początku cena była kosmiczna – 4 mln zł, więc w ogóle nie myślałam o tym. Ale jak coś ma być moje to będzie. Właściciel nie znalazł kupca i po dwóch latach przyszedł do mnie mówiąc, że chciałby przekazać pensjonat w dobre ręce. Był z budynkiem związany emocjonalnie, tam brał ślub, tam chrzcił swoje dzieci. Mógłby to sprzedać znowu komuś z Warszawy kto przyjeżdżałby na trochę i budynek stałby w większości pusty i niszczał. A na przykładzie tego co widzi, że dbam o wszystko, podchodzę do rzeczy z pietyzmem, chciałby, żeby to było w moich rękach. Ale ja, mówię, nie mam takich pieniędzy. Powiedział, że proponuje mi mniejszą kwotę i spłatę w ratach przez pięć lat bez odsetek i tak, że udźwignę nawet bez kredytu. Poszedł mi bardzo na rękę i rzeczywiście jestem w stanie w sezonie wpłacić mu kwotę, która jest wymagana. Ta okazja przyszła w dobrym czasie dla nas. I Gośka ten pensjonat prowadzi.

To jest taki temat, który pojawia się coraz częściej. Rodzice tworzą firmę, dzieci nie chcą się nią zajmować i ludzie szukają kogoś kto przejmie ich biznes, ale chcą, aby przeszedł w dobre ręce. Kto ich pracę, spuściznę całego życia poprowadzi z sercem.

Rzeczywiście byłoby mi bardzo smutno gdyby żadne z moich dzieci nie chciało przejąć kopalni. Tyle pracy!

Ale jest szansa, że przejmą?

Tak, wszystkie. Generalnie słuchamy się i wspólnie decydujemy już teraz.

A jak się mieszka w pracy?

Dobrze. To jest o tyle fajne, że ruch zaczyna się o 9.00 a kończy o 18.00, więc nie jest źle. Po 18.00 siadam sobie pod parasolem, o tam, w tym pięknym miejscu. Strumyk szumi, jest cudnie. Plusy są takie, że nie wychodząc rano z domu przez 7 okien widzę całą kopalnię. Robię coś, np. pranie, układam rzeczy, chodzę w kapciach. Podchodzę do okna i widzę czy kasa jest otwarta, czy jest dużo ludzi, wyczuwam czy już trzeba zejść, czy nie. Oczywiście w trakcie dnia nie ma spokoju, bo cały czas ktoś przychodzi. Jest „Pani Elu” i „Pani Elu”. Dzisiaj moja praca polega na koordynowaniu kopalni, już nie zajmuję się np. menu. Mój kucharz Janusz jest w tym rewelacyjny. Przy zakupie pamiątek pracują te same osoby od lat, więc już wszystko jest dopracowane. Ja koordynuję, inwestuję, wymyślam nowe rzeczy. Ale czasem przychodzi ktoś i trzeba z nim usiąść. To jest teraz najczęściej moja praca. Przyjeżdżają tu różne osoby, mają różne pomysły. Może czasem coś razem zrobimy?

Pracuje Pani 7 dni w tygodniu?

Nie jest to męczące? Tak, 7 dni w tygodniu. Dlatego wyjeżdżam. Np. na tydzień na nurkowanie i wtedy wyłączam telefon, albo na narty z moimi dziećmi. Teraz staram się spędzać z nimi więcej czasu, bo jak popatrzę wstecz to była tylko praca, praca i praca. Moje relacje z dziewczynami są bardziej koleżeńskie. Tak mi nawet niedawno powiedziała Gośka. Lubimy wieczory kiedy siadamy sobie, pijemy drinka i palimy papierosa. Gośka nauczyła się przy mnie palić i opowiadamy sobie co było w ciągu dnia. One wiedzą, że jestem pochłonięta kopalnią, ale gdyby coś się stało to zostawię wszystko i pojadę dla nich na koniec świata. Nigdy ich nie zawiodłam w takich ważnych sytuacjach. Oni są dla mnie najważniejsi. Teraz chcę poświęcić im więcej czasu, jako mama i babcia. Marcyśka, wnuczka jest we mnie zakochana, bo bawię się z nią w poszukiwanie skarbów. Czołgamy się pod łóżko i szukamy skarbów. Wprowadziłam też taką zasadę, że jeździmy razem na wakacje. Raz jadę z Martą i jej maluchami, a potem z Gośką, Jackiem i ich partnerami, czyli z „dużymi dziećmi”.

Elżbieta Szumska Kopalnia Złota Złoty Stok
fot. arch. Elżbieta Szumska

A sama Pani wyjeżdża?

Teraz byłam z kolegą na nurkowaniu, po raz pierwszy bez dzieci. I nareszcie odpoczęłam (śmiech).

Co jeszcze jest odskocznią od pracy?

Łażenia po strychach, po górach, szukanie skarbów.

Ale będąc tu czuje Pani, że jest w pracy?

Nie.

Czyli jest Pani tą szczęściarą, która łączy pasję z pracą?

Jak się budzę rano to cieszę się na myśl o zejściu na dół do biura, bo wiem że czeka tam na mnie coś do zrobienia. Albo polecę do Izby Pamięci zobaczyć co nowego Marcin opisał z pamiątek. Czasem znajdujemy jakiś dynks. Nie wiadomo co to jest i szukamy zapamiętale, co by to mogło być. Np. po długich poszukiwaniach okazało się u profesora we Wrocławiu, że znaleźliśmy dwa średniowieczne krany, które są bardzo cenne. Dotarcie do takich informacji wymaga czasu i poszukiwań. Codziennie jest coś ciekawego i zaczynam dzień właśnie z taką ciekawością.

To ile godzin dziennie Pani pracuje?

Nie można tego określić. Od czasu kiedy poznałam takiego Piotrka, 33-letniego chłopaka, pasjonata Złotego Stoku, znalazłam w nim bratnią duszę. Zawsze takiej osoby szukałam, żeby ktoś razem ze mną dzielił tą pasję. Nie umiem cieszyć się sama. Z Piotrkiem wydaliśmy album o Złotym Stoku. Mogłabym o tym opowiadać godzinami, włożyliśmy w to mnóstwo czasu i serca. Jeździłam po różnych archiwach w Polsce, Niemczech, Czechach, po muzeach.

Znalazłam przepiękne muzeum Złotego Stoku w Niemczech, które założyli mieszkańcy tam przesiedleni. Zaprzyjaźniłam się z dyrektorem, Josefem Bognerem. Jak otwierałam Izbę to zaprosiłam go na otwarcie, ale on powiedział, że to za daleko i nie da rady przyjechać. Wsiadłam więc w samochód, przejechałam w nocy 800 km, przywiozłam go tutaj, gościł u mnie 2 dni, a potem odwiozłam z powrotem. On był w szoku, że ktoś poświęcił swój czas i zrobił coś takiego. Mam w nim wielkiego przyjaciela. Jeśli ma jakieś podwójne pamiątki to mi je daje. Ja też tak robię. Uwielbia porcelanę, więc dałam mu taki cenny różowy talerzyk z porcelany złotostockiej w podziękowaniu za prezenty od niego. Był bardzo wzruszony. Powiedział, że pierwszy raz dostał coś cennego z Polski, bo dotąd, jak współpracował z polskimi muzeami to one chciały tylko dostawać.

Teraz z Piotrkiem piszemy drugą książkę o rodzinie Guttlerów. To byli tacy potentaci tutaj, niesamowici ludzie. Oprócz prowadzenia swojego biznesu rozwijali miasto, bardzo dbali o nie, budowali szpitale. Znalazłam zdjęcie – skarb, na którym Wilhelm Guttler jest z synami i dzięki temu dowiedzieliśmy się, że w ogóle miał synów. Dotarliśmy do żony jednego z nich i mamy kontakt z nią oraz z bratanicą, Barbarą Guttler. Wgryzanie się w tamte lata jest niewiarygodne. *książka jest już wydana.

Co by Pani poradziła młodym ludziom, którzy szukają swojej ścieżki zawodowej?

Teraz jest zupełnie inaczej niż za moich czasów. Europa jest otwarta. Każde marzenie można zrealizować. Ale nie ma recepty na życie. Nie da się napisać: postępuj tak i tak i będzie dobrze. Wiem jedno: jeżeli ktoś ma marzenia to pod żadnym pozorem nie wolno z nich rezygnować. One się ziszczają. Moje wszystkie się spełniły. Nie od razu. To nie jest tak, że wczoraj pomyślałam o czymś, a jutro się spełnia. Ale kiedy się marzy, podświadomie dąży się w tym kierunku, żeby to się kiedyś ziściło. Mam trójkę dzieci. Dzisiaj jest mi łatwiej niż wtedy na gospodarce, kiedy nie mogłam zorganizować świąt dla rodziny i było mi z tego powodu strasznie smutno. Jest łatwiej kiedy jest swoboda finansowa.

Każde z moich dzieciaków wybierało swoją drogę życiową tak jak chce. Gośka podróżniczka. Ludzie mówili: czy Ty się nie boisz puszczać jej tak samej? Pewnie, że trochę się bałam, ale wyjeżdżała, a potem przyjeżdżała. Właściwie bardziej jej kibicowałam, niż się bałam. Trzeba myśleć pozytywnie. O Jacka ludzie pytają czy pójdzie na studia i przejmie firmę. Nie wiem czy pójdzie na studia. Bardzo lubi gotować, a my mamy dwie kuchnie. Dobrze by było gdyby jedną z nich poprowadził. Chodzi do szkoły gastronomicznej, bawi go jak gotuje, lubi gotować ze mną. Pamiętam jak mama próbowała mnie odciągnąć od tej weterynarii. To nie ma sensu. Jak ktoś ma coś w głowie nie przekona się go. Gośka skończyła studia teatralne. Nie pracuje teraz w zawodzie, prowadzi pensjonat, ale umiejętności aktorskie przydają jej się w pracy z ludźmi. Poza tym organizuje tam koncerty, wieczorki poetyckie, coś czego nigdy nie było w Złotym Stoku. Nauczyliśmy ludzi, że to co się dzieje w pensjonacie jest na poziomie i chętnie przychodzą.

Po chwili namysłu Pani Elżbieta dodaje:

Dobrze jest wykonywać to co się lubi. Ja wiem, że nie zawsze się da, ale kto może niech próbuje. Nie wolno bać się zmian. Strach jest złym doradcą. Wiem, że ludzie boją się zmian, na przykład zmiany partnera. Ja tak miałam. Mój mąż jest alkoholikiem i nic nie dało moje 23 lata poświęcania się dla niego. Ciągnął mnie w dół. Poległabym razem z nim na tej gospodarce i w tej biedzie. Musiałam oderwać się od niego. Musiałam sama zacząć żyć z dziećmi, dla nich. Ale obawiałam się jak to będzie, jak to rodzina przyjmie, bo jestem z tego pokolenia, w którym rozwód nie jest normą. Jak powiedzieć rodzicom, praktykującym katolikom? Chociaż oni wiedzieli, bo przecież przyjeżdżali do mnie. To jest straszna choroba i bardzo ubolewam, że jest na nią chory. Jest dobry, wrażliwy, ale bardzo chory. I bycie nawet aniołem nie pomoże jemu. Nawet jakby wszystko było ugotowane, posprzątane, kury nakarmione, krowy wydojone, gospodarstwo zorganizowane a on przyjdzie na gotowe to nie przestanie pić. Choroba jest tak okrutna, że ciągnie w dół. Więc musiałam podjąć tą decyzję.

Skąd znalazła Pani siłę na to?

Poznałam człowieka, który przeprowadził mnie przez tą burzę. Wziął mnie za rękę i trzymał za nią przez cały rozwód. Mówił, że nie wolno się bać. Miałam ponad 40 lat i wydawało mi się, że czas miłości i spotykania się już minął, że to się zdarza młodym.

A zdarza się też po czterdziestce?

Tak. Ja byłam najbardziej zakochana po czterdziestce. W 44 roku życia poznałam najcudowniejszą osobę na świecie i jakby wróciły kolory tęczy. Wtedy jest łatwiej odejść. Pomagam jednak mężowi, utrzymuję dobre kontakty. Wczoraj byłam u niego na urodzinach, patrzyłam na ten dom, w którym spędziłam 23 lata…

Więc nie wolno się bać. Można ułożyć sobie życie. Nie wiadomo co cię spotka na zakrętach. Może to być coś złego, ale może to być coś cudnego. Jeśli małżeństwo można uratować to jestem całym sercem za tym, żeby rozmawiać, ratować, walczyć. Ale jak jest przypadek beznadziejny, tak jak u mnie, to trzeba spakować się, zostawić wszystko, zamknąć drzwi i zacząć od nowa.

A co by powiedziała Pani ludziom właśnie koło czterdziestki, którzy albo stracili pracę, albo zwiędli w dotychczasowej?

Niech żywi nie tracą nadziei. Co ciekawego mnie dzisiaj spotka? Tak wchodziłam w dzień i tak polecam. Mówią, że jest w Polsce bezrobocie. Nie ma. Jak ktoś się stara to znajdzie, tylko trzeba się angażować, robić coś całym sercem. Bo jeśli nie to szkoda twojego czasu i pracodawcy. Ja jakoś zawsze umiałam sobie poradzić. Może dlatego, że mama mnie do harcerstwa dała. Uczyliśmy się tam sami budować szałas w lesie, rozpalić w piecu, rozpalić ognisko. Dla mnie jest normą, że to umiem. Zaradność pomaga potem w ogólnym funkcjonowaniu. Długo nie miałam mebli, bo nie było mnie na nie stać. Ale w sklepie na tym stoisku obuwniczym miałam dużo pudełek. Skleiłam je taśmą, zrobiłam sobie szufladki i byłam szczęśliwa. Znajomi nie mogli się nadziwić.

Czy zebranie takich historii jak ta w książkę ma sens?

Pewnie. Ja się wzoruję na Pollyannie, a to jest postać fikcyjna. Tutaj będą prawdziwe historie. Można podjechać, zobaczyć te osoby. Pamiętam, że kiedyś napisałam taki osobisty artykuł o mojej tragedii. To było zaraz po rozwodzie, mocno przeżywałam ten krok, wyprowadzka z trójką dzieci. Na początku mieszkaliśmy tu w hotelu na dole gdzie teraz jest świetlica. Teraz jakby to opisać to konkluzja jest taka, że można 🙂 Że wszystko jest do zniesienia. Po tym artykule miałam mnóstwo telefonów. Pamiętam zadzwoniła do mnie kobieta z Poznania i ze łzami mówiła:

– Jak ja Pani dziękuję za ten artykuł. Pani mi dała wiarę w to, że mogę zmienić coś w swoim życiu.

Nie zdawałam sobie sprawy, że mogę być dla kogoś przykładem. Napisałam po prostu to co mi leżało na sercu. Wiedziałam, że albo pójdę na dno z chorym człowiekiem, albo coś zrobię ze swoim życiem.

To jest bardzo ważne, aby pokazać ludziom siłę i odwagę, bo nie wszyscy ją mają i nie wszyscy mają bliskich, którzy ich wesprą. A taka historia, takie prawdziwe świadectwo pokazuje, że można 🙂 I to ludziom dużo daje.

Ale podobno ludzie w Polsce nie czytają?

Już czytają. Gośki książka „Zielona sukienka, Przez Rosję i Kazachstan śladami rodzinnej historii”, była wydana nakładem 10 tys. egzemplarzy. Wszystko się sprzedało, już był dodruk 2 tys. egzemplarzy. *jeśli chcecie poczytać o niesamowitej córce niesamowitej matki to polecam wywiad, który znajdziecie tutaj: http://www.piszemyplus.pl/czytaj.php?s=zielona-sukienka-babci. Zakochałam się w niej kiedy przeczytałam: „Tłumaczę im (przyp. młodym), że dziadkowie mają lepsze historie na koncie, niż te z filmów Tarantino czy Almodovara, bo przecież te historie wojenne są mocne, wzruszające, czasem – paradoksalnie – śmieszne.” No cóż, ja też opowiadam historie innych ludzi, bo są mocne i prawdziwe. Możesz oglądać Almodovara, albo przeczytać prawdziwą historię kogoś kto mieszka całkiem nie tak daleko od Ciebie. Oczywiście możesz zrobić i jedno i drugie 🙂

Dziękuję bardzo za rozmowę. Nie mogę się doczekać kiedy znowu tu przyjadę.

WYWIAD: Tłumacz prezydentów, prezes, a dziś propagator szczęśliwego życia

Follow my blog with Bloglovin

Prezydent USA George H.W. Bush i Krzysztof Litwiński
Prezydent USA George H.W. Bush i Krzysztof Litwiński, fot. arch Krzysztof Litwiński

Krzysztof Litwiński, jeden z najlepszych tłumaczy j. angielskiego w Polsce w latach 80-90, później prezes firmy developerskiej budującej pierwsze światowej klasy biurowce w Warszawie. Miał pracę marzeń, amerykańską pensję, super samochód, piękne biuro, dom, ekstra wakacje, ale nieruchomości nigdy nie pokochał i z czasem coraz bardziej się w nich męczył. Złote kajdanki trzymały go w tej pracy przez lata. Kuriozalnie wybawił kryzys na rynku nieruchomości w 2008r. Kiedy niespodziewanie stracił pracę a dostał w zarządzanie szkołę językową na skraju bankructwa wszedł na wyżyny swojej siły i profesjonalizmu i krok po kroku wyciągnął ją z tarapatów. Zajęło mu to 4 lata. Udało się, choć nie lubi tego słowa, dzięki systematycznej pracy i wytrwałości, bo wytrwały to on potrafi być. Dziś mówi, że był to najtrudniejszy okres w całym jego życiu, ale też najpiękniejszy. I że w wieku 57 lat jest szczęśliwy jak nigdy dotąd. Po wielu sztormach wszystko w jego życiu jest na swoim miejscu. W najtrudniejszych chwilach pomógł mu rozwój osobisty, bieganie i żona równie dzielna i pracowita jak on. Oto fragmenty wywiadu-rzeki:

W jaki sposób wybrałeś swoje wykształcenie?

Tak jak pewnie większość ludzi tzn. ja go za bardzo nie wybierałem. W mojej rodzinie uważano za absolutnie oczywiste, że będę szedł na studia. Po prostu trzeba było skończyć studia, żeby mieć dobrą pracę. Pamiętam jak dzisiaj – był 3 września, początek roku szkolnego w trzeciej klasie liceum, obudziłem się w nocy i zacząłem obliczać kiedy będzie najbliższe wolne. I uzmysłowiłem sobie: kurcze, zostało mi właściwie półtora roku do egzaminu na studia. A ja nie wiedziałem na jakie, a po drugie nagle zdałem sobie sprawę, że to jest naprawdę niedużo czasu. I właściwie nic nie umiem – takie miałem o sobie wyobrażenie. Miałem dość dużą wiedzę ogólną, bo dużo czytałem, ale na pewno nie byłem przygotowany, żeby zdawać na studia. Zdjął mnie blady strach, że wezmą mnie do wojska na dwa lata. Tak wtedy było z chłopakami. A jak pójdę do wojska to wrócę bez mózgu i generalnie skończę życie na jego początku, nic mnie już w życiu nie spotka dobrego. To oczywiście był bardzo naiwny pogląd, ale dodało mi to niezwykłej energii do pracy.

Wykonałem w głowie kalkulację na co się mogę dostać. Uczyłem się wtedy w Liceum Kopernika w Warszawie, z wykładowym angielskim. Więc pomyślałem sobie, że jedyne na co mógłbym startować to anglistyka. Mieliśmy 13 godzin angielskiego tygodniowo, ale na anglistykę trzeba było również zdawać egzamin z polskiego, który był bardzo trudny. Gramatyki nienawidziłem i doszedłem do wniosku, że nie mam szans zdać tego egzaminu, więc jedyną moją szansą była … olimpiada językowa.

I przez następne dwa lata z ogromną determinacją, kiedy moi koledzy szli na piłkę, ja jechałem do biblioteki publicznej na ul. Koszykowej, siedziałem tam do zamknięcia i czytałem. Był podany zakres co trzeba umieć. Jak dzisiaj na to patrzę, to wtedy chyba magister anglistyki nie miał takiego przygotowania jak ja idąc na olimpiadę. Tony książek, ćwiczeń gramatycznych. Bardzo się do tego przyłożyłem. Na początku ze strachu, że pójdę do tego wojska, a potem mnie wciągnęło, bo jak człowiek zaczyna robić coś z przejęciem to go to wciąga, a jak go wciąga to zaczyna mu wychodzić. I zaczęło mi się to podobać.

Jakbyś miał ocenić ile więcej uczyłeś się od swoich rówieśników w szkole?

Chyba kilkunastokrotnie. Moi kumple wracali po szkole, odrabiali pracę domową, albo i nie, i zajmowali się czymś innym. Ja spędzałem 3-5 godzin dziennie ucząc się do olimpiady, 4-5 dni w tygodniu. Bardzo dużo. To zresztą przełożyło się potem na moją karierę. Nigdy tego nie żałowałem.

Po całym roku pracy, na koniec trzeciej klasy odbyła się olimpiada. Na studia bez egzaminu załapało się wtedy 20 laureatów, ja byłem 23-ci na całą Polskę, na 30 tysięcy dzieciaków. Z jednej strony wynik dobry, ale z drugiej porażka. I podjąłem decyzję, że uczę się następny rok, bo mam jeszcze jedną szansę. Za drugim razem się udało.

Pierwsza praca?

Znalazłem przypadkiem. Po studiach trzeba było jeszcze na rok pójść do wojska, ale ono już było trochę z przymrużeniem oka. Siedziałem za biurkiem i zajmowałem się tłumaczeniami. Któregoś razu wychodząc ze sztabu wpadłem na mojego wykładowcę od tłumaczenia, p. Lawendowskiego. Zapytał mnie czy nie szukam czasem pracy, bo jego kolega z Polskiej Agencji Prasowej (PAP) szuka tłumaczy, a on pamiętał, że byłem niezły. Powiedziałem, że właściwie to jest dobry pomysł, bo wojsko kończę za 3 miesiące, a nie mam jeszcze pracy. Nawet nie wiedziałem co chcę dalej robić. Dał mi telefon i umówiłem się na spotkanie. Przepacowałem tam dwa lata. To tam zaczęła się moja kariera, która, patrząc z zewnątrz przez następnych 15 lat, niewątpliwie była sukcesem. Miałem zawsze bardzo dobrą pracę, a tam gdzie pracowałem byłem ceniony.

Co tłumaczyłeś?

Tłumaczyłem newsy o Polsce, które były wysyłane w świat oraz newsy o świecie na polski. 10 linijek o tym, że wyprodukowano nowy traktor, a to, że było trzęsienie ziemi, a to, że strajk, że ukradli samochód. Dla tłumacza to była świetna szkoła.

Nie nużyło Cię siedzieć tak statycznie 8 godzin przed komputerem?

Kiedy to robiłem czas znikał. Pracowałem na zmiany i moja żona miewała do mnie pretensje, bo kiedy dzwoniła wieczorem, a za parę minut miał wyjść „news” mówiłem, że oddzwonię. I przypominało mi się parę godzin później, np. o 2.30 w nocy. Tłumaczenie stało się moją pasją. Do dzisiaj z resztą sprawia mi przyjemność, choć już prawie tego nie robię.

Później tłumaczyłem różnych polityków, latałem dużo po świecie. Np. z A. Kwaśniewskim poleciliśmy na Daleki Wschód jeszcze kiedy był Ministrem Sportu. 20 godzin lotu, lądowanie, a potem tłumaczyłem przez kolejne 10 godzin. Fizycznie byłem zmęczony, ale to mi dawało strasznie dużo energii i satysfakcji tak, że pomimo zmęczenia byłem w swoim żywiole. Uwielbiałem ten stan.

Strach

To był nieżyjący już Premier Z. Messner. Jego tłumacz zachorował. Pamiętam, że miałem ochotę odmówić, bo się strasznie bałem. Ja mam mówić do premiera??? Kurcze blade. Nie to, że mogłem wojnę światową wywołać przez jakiś błąd, ale stres z tym związany był niewiarygodny. W tamtym czasie odkryłem, że dużo się w życiu boję. Wiedziałem, że muszę ten strach pokonać. Nie w tej konkretnej sytuacji, tylko w ogóle, jako cechę charakteru. Nie myślałem wtedy o rozwoju osobistym, bo w tamtych czasach nie istniało takie pojęcie, ale postanowiłem sobie, że będę robił rzeczy, których się boję. Przeczytałem u Heminwaya, że najlepsze na strach jest zrobienie tego czego się człowiek boi i wtedy strach się pokona. Nie mogłem zrozumieć co miał na myśli, ale postanowiłem mu uwierzyć. Pamiętam jak dzisiaj, kiedy jechałem autobusem przez Plac Trzech Krzyży, było mi autentycznie niedobrze ze strachu. Myślałem, że wykorkuję. Jechałem i myślałam sobie, że chyba mi odbiło, że się na to zgodziłem. Ale zrobiłem to i to był taki przełomowy moment w moim życiu – pokonałem strach, który wtedy absolutnie mnie przerósł. Takie doświadczenia naprawdę zmieniają człowieka.

Rok później wybuchła wojna w zatoce perskiej. Już wtedy tłumaczyłem dużo znanych osób, kiedy zadzwoniono do mnie z telewizji. Chodziło o to, aby na żywo tłumaczyć telewizję CNN w TVP1. Ludzie byli żądni informacji na bieżąco. To była dokładnie taka sama sytuacja. Nie potrzebowałem pieniędzy, bo zarabiałem na tłumaczeniach bardzo dobrze, ale strasznie się bałem, więc pojechałem.

Widzę duże podobieństwo między przygotowaniami do olimpiady w bibliotece i tą stacjonarną pracą. A teraz stajesz się tłumaczem podróżującym, z adrenaliną, z politykami i telewizją. Więc tu dochodzą do głosu całkiem inne cechy. Jak w tym się czułeś, bo to był duży przeskok?

Czułem się jak ryba w wodzie. Po pierwsze, to co mnie wciągnęło to to, że się tego bałem, ale adrenalina była taka, że dzisiaj się uśmiecham kiedy o tym myślę.

O wizycie z premierem T. Mazowieckim w USA w 1991r. – konferencja w sprawie żydowskich roszczeń o polskie majątki tuż po upadku komunizmu

Przyjechaliśmy razem limuzyną. Wchodziliśmy po schodach po czerwonym dywanie i przywitał nas K. Sultanik, Prezes Światowego Kongresu Żydów. Schody ogromne, chyba ze dwa piętra i idziemy tak do sali, w której mamy przemawiać. I od samego progu Pan Sultanik mówi: – Panie Premierze, chciałem tylko uprzedzić, że tu są dziennikarze i telewizja (były tłumy, jakieś kilkaset osób, ta sprawa była bardzo nagłośniona), i że na konferencji poproszę Pana o wsparcie polskiego rządu dla naszych żądań, aby zwrócić zagrabione majątki. To była bardzo delikatna kwestia polityczna, na którą nie można było odpowiedzieć: „oddamy” czy „nie oddamy”. To nie mogła być taka odpowiedź. Mazowiecki miał ogromną wiedzę, ale nie był wtedy czynnym politykiem. Był dziennikarzem. Idziemy po tych schodach i on mówi: – Panie Krzysztofie, i co ja mam im odpowiedzieć? Właściwie bardziej zapytał siebie. Adrenalina była wtedy bardzo wysoka, a jednocześnie miałem poczucie, że to są zupełnie niesamowite przeżycia, że to jest coś co będę pamiętał do końca życia, czego nie da się z niczym porównać i co bardzo mało ludzi ma szczęście przeżyć.

Na sali na moje oko było 200-300 dziennikarzy, a obiektywów tyle, że nie widzieliśmy twarzy spoza nich. Stres zupełnie niesamowity, ale jednocześnie takie poczucie „dam radę” i totalnej koncentracji, żeby wyszło. To jest coś co bardzo rozwija osobowość –  jesteś jak na linie nad przepaścią i wiesz, że musisz dojść do mety. Taki fajny rodzaj mobilizacji, z którego potem zostaje umiejętność skupienia się na jednym celu, choć fizycznie i psychicznie było to męczące.

Jak czułeś się po takim maratonie kiedy wracałeś do domu? Jak odreagowywałeś?

To było wyzwanie dla rodziny. Teraz o tym tak myślę, wtedy tego nie widziałem dlatego, że po takim maratonie człowiek po prostu musi odpocząć i wszystko inne jest mniej ważne. Jak dzisiaj sobie o tym myślę to mam poczucie winy wobec mojej ówczesnej żony, wobec moich dzieciaków dlatego, że inaczej nie potrafiłem swoim życiem kierować. To było coś takiego, że po 4 dniowym wyjeździe na drugą półkulę, po podwójnej zmianie czasu, w środowisku, w którym nie ma żadnej tolerancji dla błędu, kiedy przyjeżdżałem do domu miałem ogromną potrzebę odpoczynku, i nie chodzi tu o leżenie brzuchem, ale o nie myślenie o niczym ważnym.

Wyczyszczenie głowy?

Tak. A tu trzeba zdecydować dokąd jechać na wakacje, czy kupimy takie czy inne buty dziecku itd. Takie typowe życiowe rzeczy, które w domu są ważne. Do jakiej szkoły pójdzie dziecko, a w przedszkolu jest jakiś problem i trzeba go załatwić. Z jednej strony miałem poczucie odpowiedzialności, to nie jest tak, że mnie to nie obchodzi i muszę sobie odpocząć, z drugiej strony mój system biologiczny i psychiczny miał swoje granice. Starałem się jak mogłem oczywiście, tak jak każdy zapracowany ojciec w dzisiejszych czasach, nie doceniający tego, że rodzina jest najważniejsza.

Niestety nie wyniosłem za dobrych wzorców z domu. Moi rodzice bardzo dużo pracowali i sprawy rodzinne zawsze były na drugim miejscu. Relacje emocjonalne między nimi oraz między nami były dalekie od ideału. Ludzie dla siebie nie byli ważni. To nie była taka fajna ciepła rodzina. W mojej rodzinie dużo się od siebie wymagało i całe życie było podporządkowane sprostaniu wymaganiom, którym się nigdy nie mogło sprostać. Życia rodzinnego musiałem się więc uczyć sam, ale nie miałem na to siły.

Nie miałeś tak, że możesz na 1 dzień się zamknąć w domu i odpocząć?

Nie, nie miałem dnia wolnego. Przyjeżdżałem jednego dnia po południu z takiego wyjazdu i następnego dnia np. miałem tłumaczyć o 8.30 w gabinecie premiera. Nie było dyskusji, był grafik i tyle.

A jak Twoje ego? No bo tłumaczyłeś taaakie osoby…

Nie było we mnie czegoś takiego, że jestem lepszy od innych. Nie ma we mnie tendencji do wywyższania się. Trochę pewnie ego było dokarmione, bo miałem poczucie wyjątkowości tego co robię. Tłumaczy, którzy robili to tak jak ja w Polsce było może ze trzech w tamtym czasie. Byłem jednym z nielicznych ludzi, którzy pracowali jeszcze za premierów komunistycznych. Byłem tłumaczem Generała Jaruzelskiego, potem Prezydenta Wałęsy, Premiera Mazowieckiego. To była wyjątkowość, ale bardziej mojej sytuacji niż moja. Jak patrzę na swoje życie to zawsze byłem jakimś pomostem między ludźmi. I potem kiedy zająłem się coachingiem, trenowaniem i rozwojem osobistym swoim i ludzi to znowu stałem się pomostem między ludźmi a nimi samymi. Praca tłumacza zapina moje życie w pewną całość, chociaż zdawałoby się, że to było zrządzenie losu i dzieło przypadku.

Co było potem?

Od 1987r. przez 3 lata pracowałem dla Ministerstwa Spraw Zagranicznych (MSZ), a po otwarciu Polski na świat okazało się, że w każdej firmie potrzebny jest tłumacz, bo nikt nie znał angielskiego. Jakiś czas dorabiałem na boku w zachodnich firmach, aż w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że nie stać mnie już na pracę w MSZ, bo to co w MSZcie zarabiałem przez miesiąc, pracując dla dużej amerykańskiej korporacji zarabiałem w ciągu jednego dnia. Więc zwolniłem się, założyłem działalność gospodarczą i ze 2 lata byłem wolnym strzelcem.

Czyli tłumaczem biznesowym?

Tak. I od polityki trzymałem się już z daleka. Później jeden z moich klientów tłumaczeniowych, amerykańska firma deweloperska, zatrudniła mnie jako menedżera. Tłumaczyłem wszystkie ich negocjacje i dokumenty przez dwa lata i poznałem tą branżę na tyle dobrze, że byłem w tamtym czasie dla nich znowu pomostem, nawet bardziej kulturowym, niż językowym.

Kariera w deweloperce

W ciągu pierwszego roku zostałem prezesem polskiej filii, ale to była na początku maleńka spółeczka, więc nie należy sobie wyobrażać za dużo. Firma rodzinna, którą prowadził Pan E. Golub, człowiek o niewielkim wykształceniu, ale bardzo mądry i doświadczony deweloper, niezwykła osobowość. Bardzo dużo mu zawdzięczam, to był jeden z moich życiowych mentorów, wobec którego mam ogromny dług. Ludzi dobierał starannie wg sobie znanego klucza. Takie trochę „pojazdy samobieżne”, które były wszechstronne i pracowite. Ludzie wymagający, ale wymagający przede wszystkim od siebie, ludzie, którzy ogromnie imponowali mi wiedzą, podejściem do pracy, rozsądkiem. Bardzo dużo rzeczy nauczyłem się w tej firmie.

Pan Golub budował prestiżowe biurowce w bardzo dobrych lokalizacjach w Stanach, ale kiedy tam pojawił się zastój, przyjechał do Polski, która właśnie otwarła się na świat. Amerykanie – chciałbym, aby było to w Polsce normą, a nie jest – są organicznie od dzieciństwa nauczeni pracy nastawionej na osiąganie rezultatów. Można różne krytyczne opinie wyrażać na temat ich systemu, ale to są ludzie, którzy z reguły zadają sobie pytanie po co się coś robi i świetnie umieją robić to do czego ktoś ich zatrudnił. I ja, pracując z nimi kilkanaście lat, nauczyłem się pracować na rezultat. Wytrwały już byłem, ale u nich nauczyłem się takich technicznych umiejętności. Dotąd pracowałem na godziny, czyli jak nie pracowałem, bo byłem chory, to nie zarabiałem pieniędzy. A teraz dostałem miesięczną pensję, bardzo wysoką, właściwie amerykańską pensję w Polsce i to przez pierwsze parę miesięcy wystarczało mi na osłodę wszystkich niedogodności tej pracy, czyli uczenia się z dnia na dzień rzeczy, o których nie miałem zielonego pojęcia.

Moja firma stosowała „zimny chów cieląt”, typowo amerykańskie podejście: skoro jesteś menedżerem i my ci płacimy to masz robić to co menedżer ma robić. Czy umiesz to czy nie to nie nasz problem. Po to cię zatrudniliśmy, żeby o tym nie myśleć. Pierwszego dnia dostałem gruby segregator, a w nim budżet wielkiego budynku w Chicago, podobnego do tego, który miałem zbudować tu w Warszawie i miałem zrobić dla niego analogiczny budżet. Dostałem na to 2 czy 3 tygodnie i pomyślałem, że mam dużo czasu. Ale nawet nie wiedziałem wtedy co to właściwie jest ten budżet. Dzisiaj mógłbym sobie poszukać w Google i bym się dowiedział, ale wtedy Googla nie było. Skąd ja mam się dowiedzieć co to jest budżet? I zacząłem studiować ten segregator, żeby zrozumieć o co chodzi. Dostałem komputer, a w nim Lotus 123, Excela jeszcze wtedy nie było, ale i tak nie wiedziałem co z tym zrobić. Nikt mnie tego nie uczył. Myślę, że oni zakładali, że ja to powinienem wiedzieć, że to jest oczywiste, ale dla mnie wcale nie było.

Byłeś tłumaczem, więc dlaczego mieli tak zakładać?

Może robiłem za dobre wrażenie? Przez pewien czas komfort pracy i warunków finansowych, kiedy w ogóle nie patrzyłem co ile kosztuje, były moją główną emocją. Dla młodego, 31-letniego chłopaka to było fajne uczucie. Byłem traktowany jak jeden z nich i czułem się jakbym przyjechał z Marsa na Madagaskar. Oczywiście musiałem się dużo uczyć i robić rzeczy, które były dosyć nudne, jednak ta jasna strona pracy to rekompensowała. Ale tak jak najsłodsze ciasto po jakimś czasie się przykrzy. I stopniowo zaczęło mi brakować tej pasji, którą miałem codziennie w pracy jako tłumacz. Narastała we mnie taka sprzeczność, bo za dobrze zarabiałem, żeby w ogóle myśleć o jakiejś zmianie. To trwało długie lata.

Jako tłumacz miałeś większy stres…

I tak i nie. Jako tłumacz byłem w 100% zależny od siebie. Wiedziałem, że jak się dobrze przygotuję i stanę na uszach to na pewno dam radę. A tutaj nagle jestem zastępcą dyrektora biurowca, który kosztował kilkadziesiąt milionów dolarów, ma 10 pięter, na każdym jest np. klimatyzatornia, która kosztuje 3 mln USD każda i mam 4 techników, którzy mi podlegają. Nie mam pojęcia technicznie co oni robią, nie jestem w stanie ocenić ich pracy, ale odpowiadam za to, żeby wszystko było tak jak trzeba. Mam takich najemców jak ING, PriceWaterhouse, to był pierwszy tej klasy budynek w Polsce, bank Schroeders z Londynu, Merck, czyli bardzo poważne firmy. Jestem odpowiedzialny za ściąganie czynszów. Więc z dnia na dzień spoczęło na mnie szereg obowiązków związanych z bardzo dużą odpowiedzialnością finansową. To ja odpowiadam za to, żeby nie powstały straty i żeby były zyski. To było coś co mnie wtedy kompletnie przerastało emocjonalnie. Po raz pierwszy w życiu byłem odpowiedzialny za coś na co nie miałem żadnego bezpośredniego wpływu.

I po raz pierwszy stanąłem wobec konieczności zarządzania ludźmi, tzn. spowodowania, żeby ludzie, których nie jestem w stanie do niczego zmusić chcieli robić to co robią najlepiej jak potrafią. To akurat było coś co mi się bardzo spodobało. Szybko zrozumiałem metodą prób i błędów, że moim sposobem zarządzania nie jest krzyczenie na ludzi. Próbowałem tego z marnym skutkiem i zrozumiałem wtedy, że to nie jest moja droga. Są tacy co może są skuteczni wrzeszcząc, u mnie skutki były odwrotne do zamierzonych, tzn. człowiek był tak stłamszony, że bałem się, że za chwilę dostanie zawału. I zdałem sobie sprawę, że odkrywam zupełnie nową dziedzinę dla siebie, że można tak ułożyć relacje z ludźmi, żeby chcieli być najlepsi jak tylko mogą być. Nie dlatego, że im każę, tylko dlatego, że jestem w stanie obudzić w nich takie chcenie, albo je wzmocnić. Oczywiście nie z każdym to się dało, ale spodobało mi się to. Więc jeśli pytasz jak się wtedy czułem to tą część mojej pracy wspominam bardzo dobrze.

Taki przykład. Po 2 miesiącach przyjechał p. Golub na inspekcję i pamiętam, że już miał się zbierać, ale mówi mi:

– Kris, tą sekretarkę będziesz musiał zmienić, nic z niej nie będzie, siedzi taki ponurak. Jesteśmy biurem obsługi klienta, przychodzą najemcy, a tu taka osoba.

Chwilę sobie o tym pomyślałem i poczułem, żeby się nie spieszyć. Owszem, było to dla mnie trudne, bo widzisz, że cię twój pracownik nie znosi, ale nie robi tego w taki sposób, żeby można mu powiedzieć: Co się pani tak na mnie krzywi? Ale widzę to w jej oczach. Z drugiej strony ona ma wszystko świetnie zorganizowane, jak coś potrzebuję to jest. Jak zobaczyłem jak ona ma dokumenty uporządkowane to byłem pod wrażeniem. Pomyślałem sobie, że ona jest cholernie kompetentna tylko ma ten stosunek do nas taki niedobry. I mówię do p. Goluba:

– Daj mi 3 miesiące. Jak nie uda mi się tego uleczyć to wtedy ją zmienimy.

– Ok, your call. Twoja decyzja – powiedział i odjechał.

Jesteś wytrwały przecież…

No właśnie, jestem wytrwały i dałem sobie te 3 miesiące. Umówiłem się z nią na lunch do Marriota, po drugiej stronie ulicy. Wtedy lunch z pracownikiem to było coś niesłychanego, nie było takiej formuły w Polsce. I tak zaczęliśmy rozmawiać sobie. Już nie pamiętam tej rozmowy, ale coś się wtedy „odetkało”. Chyba zobaczyła we mnie człowieka. Bardzo się potem zaprzyjaźniliśmy, pracowaliśmy ze sobą do końca kiedy byłem w tej firmie. Dzisiaj wspominam ją z wielkim sentymentem, bo jako sekretarka była po prostu niezrównana. Potem jak przyjeżdżał p. Golub, przedstawiał ją gościom i mówił, że jest to najlepsza sekretarka na świecie. To jest niesamowite. Ja nie mówię, że to było moje dzieło, bo ona po prostu taka była, ale stworzyłem jej warunki, żeby mogła pokazać siebie.

Rozkwitnąć?

Tak. To są takie rzeczy, do których chętnie wracam pamięcią. Cieszę się, że mamy dzisiaj tą rozmowę, bo nie pamiętałem o tym. Pamiętałem tę pracę z perspektywy stresów, że jej na co dzień nie lubiłem.

Ale odkryłeś wtedy ten obszar, który jest początkiem nowego etapu Twojego życia, może nawet celem Twojego życia?

Tak, jest celem mojego życia i on się wtedy zaczął.

O liczbach i raportach

Kiedy tam pracowałem nigdy ich nie polubiłem, bo nikt mi nie pokazał do czego służą liczby. Dla mnie budżet był dlatego, że musi być, że tego żądają. Oczywiście nie byłem głupi, aby nie rozumieć, że tu są przychody a tu koszty, ale miałem chyba mentalność pracowniczą. Nie patrzyłem na to, że firma jest stworzona po to, że właściciel chce na niej zarobić. Dla mnie firma istniała po to, żebym ja miał tam miejsce pracy. Kiedyś jeden z moich znajomych, właściciel ogromnej firmy, bardzo mądry człowiek, powiedział przewrotnie:

– Krzysztof, jaki jest cel zarządu?

– Przynosić zysk firmie, odpowiedziałem.

– Nie, celem większości zarządów jest mieć dobrą pensję, ładne biuro, samochód i sekretarkę.

Taki był wtedy mój cel – chciałem mieć dobrą pracę. I nie czułem związku między tym budżetem a sensem życia. Kiedy teraz prowadzę swoją firmę jest zupełnie inaczej. Bardzo lubię liczby i umiem je czytać. Teraz dopiero traktuję liczby jak klucz do świata, który chcę znać. Wtedy to miało się tylko dodawać i nie mogłem znaleźć w tym przyjemności. Strasznie dużo pracowałem, żeby mój raport wyglądał tak jak ich raporty, ale w nim były błędy, bo np. zrobiłem błąd w formule i dodało się nie to co trzeba, lub nie dodało się wcale. Mimo, że ogromnie się wyrobiłem przez te 2-3 lata, bo uczyłem się dniami i nocami, i w sumie byłem wysoko oceniany.

Ale to jest jak z takim uczniem, którego wzywasz do odpowiedzi i widzisz, że on dużo umie, ale w sumie nie ogarnia, tylko nie wiesz jak mu to udowodnić, bo sprawnie „pływa” po temacie. I nigdy w tej firmie nie udało mi się osiągnąć sukcesów porównywalnych do tego co osiągałem jako tłumacz.

Przed 40-tką nałożyły się Tobie dwie rzeczy: problemy prywatne i z pracą

Gdybym był szczęśliwy w życiu prywatnym to pewnie ciągnąłbym jeszcze tę pracę. Pomyślałbym: dobra, mamy kasę na wygodne życie, nie wszyscy muszą mieć pracę, którą uwielbiają. Ale nie widziałem przed sobą przyszłości, bo po pierwsze wiedziałem, że nigdy nie pokocham nieruchomości, a po drugie czułem się jak w pułapce w moim życiu małżeńskim. Mam 2 dzieci, moje córki miały wtedy około 6 i 9 lat. Nie brałem pod uwagę rozwodu. Nie zostawię mojej żony, nie rozwalę jej życia, choć sam już nie potrafię żyć. Wydawało mi się, że nie mam wyjścia i że tak musi być. Mój świat widziany z zewnątrz przez innych ludzi był w ogromnej sprzeczności ze światem widzianym przeze mnie od wewnątrz.

Kryzys wieku średniego przeżyłem mając 33 lata. Byłem na siłowni i tam były takie duże ściany z luster. Nosiłem wtedy brodę. Ćwiczyłem razem z chłopakami, którzy na oko mieli po 20 lat, ale nie widziałem żadnej różnicy między nami. I kiedyś jakiś chłopak podszedł do mnie i pyta się:

– Czy Pan używa tej sztangi?

Normalnie wszyscy mówili do siebie na Ty. I jakoś mnie to zakłuło. Powiedziałem, że nie i on wziął sztangę. Wróciłem do swoich powtórzeń i zobaczyłem nas w lustrze. Tutaj starego brodatego człowieka, a obok chłopaka.

Stary, bo tak się czułeś?

Po pierwsze broda mnie postarzała, ale na pewno miałem też na twarzy wypisany stres. Zobaczyłem starą zmęczoną twarz i tego chłopaka. To był mój kryzys wieku średniego, który trwał potem dwa lata. Czułem się strasznie stary.

Czy ktoś na zewnątrz to widział?

Niektórzy widzieli, jak się potem okazało. Natomiast ja odkąd poszedłem na studia patrząc z zewnątrz byłem na samym topie. Dostałem się na nie jako Olimpijczyk, na studiach brylowałem. Przepraszam, że mówię z taką nieskromnością. Nie to, że byłem jakimś geniuszem, ale byłem jednym z najlepszych studentów, potem miałem bardzo dobrą pracę, jedną i drugą. W każdej byłem wysoko oceniany, potem było tłumaczenie tych wszystkich wielkich ludzi, a potem wzięli mnie Amerykanie i też miałem wyjątkową pozycję. Więc patrząc z zewnątrz takie w ogóle dziecko szczęścia. Sukces goni sukces. W środku kompletnie nie czułem się człowiekiem sukcesu, bo wyszedłem z dzieciństwa kompletnie okaleczony w środku i myślący o sobie najgorzej jak się da. Im bardziej mi ktoś gratulował tym większą gorycz to w środku we mnie wywoływało, tym bardziej miałem wrażenie, że to jest nieprawda. Myślałem sobie: Ty nie wiesz jaki ja naprawdę jestem.

Rozwój osobisty

Chyba w 1995 lub 96 roku pojawiły się w Polsce pierwsze szkolenia z rozwoju osobistego. Poszedłem na szkolenie z zarządzania czasem. Po nim po raz pierwszy zacząłem myśleć jak kierować swoim życiem, bo dotąd to był efekt no może nie zbiegów okoliczności, ale nie świadomych wyborów. Trochę to do mnie przyszło. A tu jestem w tej firmie już parę lat i pytanie co dalej.

Po ilu latach pracy w nieruchomościach?

Po siedmiu. Na co dzień cały czas żyłem w ogromnym stresie spowodowanym i tą pracą, która była wyzwaniem trochę ponad miarę i moim życiem prywatnym. Kochałem moją pierwszą żonę, naprawdę kochałem, bardzo się starałem, żeby ten związek funkcjonował, robiłem wszystko co mogłem, chociaż ona może tego tak nie ocenia dzisiaj. Byłem z nią 17 lat i przez te lata żyłem w coraz większym napięciu, które nie było widoczne na pierwszy rzut oka. Wielu ludzi oceniało nas jako idealne małżeństwo, bo to było małżeństwo pozbawione przemocy czy wyzwisk, ale były w nim takie napięcia niewypowiedziane, ale realne. Moje dzieciaki to czuły bardzo mocno. Miałem 36 lat kiedy zrozumiałem, że sam sobie nie poradzę ze stresem. Nie byłem w stanie normalnie żyć.

O rozstaniu

Za kolejny punkt przełomowy w moim życiu uważam grupę otwarcia u W. Eichelbergera i sięgnięcie po pomoc do kogoś. Za dużo czasu poświęciłem sam na ciągłe myślenie o moim małżeństwie, dlaczego tak długo żyjemy w konflikcie, i o tym, że się spalałem w pracy. Po grupie otwarcia jeszcze ze 3 lata próbowałem i wkładałem dużo energii, aby coś zmienić w naszym małżeństwie, ale to się nie udało. Czułem, że jeśli z tego związku nie wyjdę to mogę nie wytrzymać na serce. Przez rok przed rozstaniem serce bolało mnie już regularnie. W wieku 40 lat zrozumiałem w końcu, że dla mojej żony nigdy nie będę facetem jej życia takim jakim bym chciał dla niej być.

Dotarło do mnie, że się rozstaniemy, ale jeszcze nie miałem odwagi. Wiesz to jest tak jak musisz pójść na jakiś bolesny zabieg. Wiesz, że musisz, że nie możesz czekać 5 lat, ale odkładasz to. Zrobię to w przyszłym tygodniu, albo najlepiej za miesiąc, bo teraz mam taki trudny czas w pracy. Muszę się przygotować. W końcu jednak powiedziałem żonie, że odchodzę. Nie chcę tutaj rozwijać okoliczności, w jakich to się stało, ale zawsze będę żałował, że właśnie tak się to odbyło. Zabrakło mi wtedy życiowej mądrości, którą mam dzisiaj. Zawsze będę żałował, że nie mogę już tego naprawić. Gdybym mógł cofnąć czas, zdecydowałbym tak samo, ale na pewno inaczej by się to odbyło. To było bardzo trudne dla mnie, dla niej i dla dzieciaków.

Zmiany

Nastąpił początek świadomych zmian w moim życiu. Uczestniczę w szkoleniach, pojechałem na Tony Robbinsa. Wiem, że deweloperka nie jest dla mnie. Szkolenia mnie w tym upewniają. Ciężar uwagi przenosi się jednak na pracę, bo udziałowcem został wielki koncern. Firma przestała być rodzinna, stała się korporacją. Zaczęły pojawiać się napięcia między mną a kolejnymi menedżerami nade mną, którzy co kilka miesięcy się pojawiali. Pracowałem tam ponad 10 lat, naprawdę znałem ten biznes i przyjeżdża mi kolejny guru z Texasu, który robi bzdury i jedyne co go interesuje to żeby dostał ofertę u konkurencji za dwa razy tyle i przeniósł się do Moskwy. Zżymało mnie to. Między ludźmi zaczęły się podgryzania. Nienawidzę takich rzeczy i odszedłem.

Moje sprawy prywatne zaczęły iść innym torem. Wszedłem w nowy związek, bardzo trudny przez parę lat, ale fantastyczny pod każdym względem. To było tak jakbym wypłynął na ocean gdzie są przepiękne widoki, chociaż straszliwie wieje i buja, ale to ci się tak podoba, że się w głowie nie mieści. Nagle okazało się, że poczucie bezpieczeństwa, o którym zawsze myślałem, że jest ważne, ważne nie jest. Że są rzeczy, które smakują o wiele bardziej.

Kilka razy zmieniałem prace, ale nie odnosiłem w nich sukcesów. W 2006r. trafiłem do norweskiego funduszu nieruchomościowego. Kupowaliśmy zabytkowe kamienice na Pradze, żeby z nich zrobić apartamenty.

Skoro nie pokochałeś nieruchomości, dlaczego kolejni pracodawcy pochodzili z tej branży?

Dlatego, że mogłem tam pracować i zarabiać na życie. Miałem kredyt na dom, miałem inne zobowiązania. To było trochę siłą rozpędu, nie bardzo wiedziałem co innego mógłbym robić. Nawet nie wiem jak się szuka pracy, bo nigdy nie szukałem. Bałem się też, bo już panował wtedy taki pogląd, że 40-latków nie chcą brać tylko same młode pistolety.

W funduszu norweskim pracowałem 2 lata, kupiłem dla nich fajne nieruchomości i myślę, że dobrze na nich zarobią, ale nie lubiłem tego. Codziennie zmuszałem się do pracy. I w sukurs przyszła mi katastrofa hipoteczna na rynku amerykańskim w 2008r. Któregoś dnia rozmawiam przez telefon o kryzysie ze swoim ojcem. Rodzice pytają się mnie czy ten kryzys nie dotknie mojej pracy. A ja im na to, że raczej nie, bo kryzys jest związany z kredytami hipotecznymi, a ja pracuję dla inwestorów, którzy mają swoje pieniądze. To były bogate od stuleci rodziny i nie brały kredytów na inwestycje, więc temat miał mnie nie dotknąć. Nie pomyślałem jednak, że mają inwestycje w nieruchomościach, których wartość w trakcie kryzysu dramatycznie zmalała.

Utrata pracy

3 miesiące później, 30.11.2008r. dostaję wieczorem telefon od mojego inwestora, którego aktywa w ostatnim tygodniu zmniejszyły się dramatycznie, informującego mnie, że muszą mocno przyhamować projekt w Polsce i w związku z tym nie będzie dla mnie miejsca. Pamiętam, że odłożyłem słuchawkę i była to jedna z takich chwil, kiedy wydarza się coś dużego, mocnego i w pierwszej chwili to do ciebie nie dociera. Nic nie czuję. Miałem taki syndrom, który chronił mnie przed nagłym szokiem. Szok zaczął się pojawiać po paru dniach. Zdałem sobie sprawę, że za chwilę nie mam z czego żyć. Mam kredyt we frankach zaciągnięty w najgorszym możliwym momencie, kilka ciągle wykorzystywanych kart kredytowych, nie mam pomysłu na życie, mam dzieci i wysokie alimenty, które na nie płacę, nie lubię nieruchomości i nie wiem gdzie pójść, bo branża właśnie przeżywa kryzys.

O drugiej żonie

Starałem się chronić ją przed tą presją, a z drugiej strony ona chroniła mnie przed taką presją w jakiej facet jest często kiedy żona mówi: – Weź zrób coś. – Robię co mogę. Ale to nie jest coś co mogę z dnia na dzień zmienić.

To jest ciekawa rzecz. Ta rozmowa dzisiaj strasznie dużo mi dała, nagle zobaczyłem logikę w moim życiu, której nigdy sobie nie uzmysławiałem. Wiele rzeczy, które wydawały mi się jakimś przypadkiem, nagle okazuje się, że są spójne ze sobą od początku do końca. Pamiętam do dziś, że miałem bardzo jasną sytuację od odłożenia słuchawki kiedy przez telefon usłyszałem, że jestem zwolniony. Wiedziałem, że nigdy w życiu nie byłem w takim położeniu i że będę musiał zdobyć się na rzeczy, na które nigdy wcześniej nie musiałem się zdobyć. Wiedziałem, że świat dalej się kręci, choć mi wszystko się zawaliło. Naprawdę nie mam skąd wziąć kasy. Nie mam gdzie się cofnąć. I to w tym wszystkim było błogosławieństwem. Bo jak się człowiek nie ma gdzie cofnąć to się okazuje, że stać go na o wiele więcej niż mu się dotąd wydawało.

Największa siła pojawia się po tym kiedy pojawia się największy dół?

Pamiętam jak bardzo wspierało mnie to, że Aga miała do mnie zaufanie. Prawie tracimy dom, a ja lecę do Anglii na tygodniowe szkolenie za tysiące złotych, bo mówię: – Słuchaj ja muszę tam pojechać, bo taki, jaki jestem dzisiaj nie uniosę tego.

Własny biznes

W 2007r. zostałem udziałowcem firmy językowej szybkiangielski.pl, ale nic przy niej nie robiłem. Poproszono mnie, bo jestem anglistą. Moi wspólnicy uważali, że mamy fantastyczny produkt, ale firma po 1,5 roku działalności stała się bankrutem, bo była źle zarządzana. Ja wiem o co tu chodzi, czuję ten produkt, on jest genialny, na całym świecie nie ma tego co my robimy tutaj. Bardzo optymistycznie to oceniłem i pomyślałem, że przejdę do niej. Umówiłem się ze wspólnikami, że będę pracował tylko za procent od sprzedaży tzn. zjem tylko to co upoluję. Myślałem tak samo optymistycznie jak oni, że pół roku, rok i będzie fruwało. Ale tak się nie stało.

To był najtrudniejszy moment zawodowy w całym moim życiu. Po raz pierwszy w życiu nie miałem pracy. Po raz pierwszy nie pracowałem w firmie, która ma pieniądze na opłacenie mnie. Tu muszę zarobić sam. W życiu nie prowadziłem firmy. Byłem prezesem firm, które były częścią pewnej struktury, a tu dostałem okręt, który bardzo szybko szedł na dno. Mieliśmy wtedy przychody miesięczne 3-5 tys. jak był lepszy miesiąc, a koszty na poziomie 36 tys. zł miesiąc w miesiąc. Więc moi poprzednicy dorzucali kasę, aż się im skończyła i to był moment kiedy objąłem firmę. Katastrofa totalna. Mam kilkaset tysięcy długu, na mój telefon dzwonią wyłącznie wierzyciele, ZUS, US.

Ale mnie się strasznie podoba ten pomysł, bo jest spójny z tym co zawsze lubiłem robić, z pomaganiem ludziom. Ludzie, którzy tu przychodzą chcą się uczyć. Np. pani 38 lat, dyrektorka z banku, musi nauczyć się angielskiego, bo jak się nie nauczy to za chwile nie będzie potrzebna. Próbuje od 20 lat, nigdy się nie udało, nienawidzi tego, nie wierzy w siebie, nie ma czasu. Tu przychodzi i po pierwszym tygodniu jest zszokowana jakie to jest fajne, a po 6 miesiącach mówi po angielsku. A pracowała godzinę w grupie i w domu na komputerze. Więc to było coś co mnie strasznie napędzało.

Wszystko opierało się na relacjach interpersonalnych. Przychodzi komornik zająć nam sprzęt, opieczętować wszystko. Właściwie koniec firmy. A ja muszę się z nim jakoś rozmówić. Nigdy w życiu nie dawałem, nie brałem łapówek i nie będę tego robił. Pan Golub nauczył mnie, że wtedy spokojnie się w życiu śpi. Mówię mu, że jak on mi tu pozakleja drzwi, komputery to nie będę w stanie nigdy spłacić długów, które moi poprzednicy narobili. – Ma pan 87 tys. zł do zapłacenia, to umówmy się, że pan teraz zapłaci 30 tys., za tydzień 20 tys., a za miesiąc przyjdę po resztę. – 30 tysięcy? Jak ja mam na koncie 2,5 tys.?! O tych sytuacjach można by osobną książkę napisać. W każdym razie dałem sobie z tym radę. Poszedłem do wszystkich wierzycieli i powiedziałem każdemu mniej więcej to samo:

– „Proszę pana, właśnie objąłem tą firmę. To jest genialny produkt, ale była źle zarządzana i dlatego wisimy panu … tysięcy. Nie mam tych pieniędzy. Może nas pan pozwać do sądu, spowodować bankructwo i tych pieniędzy nigdy pan nie odzyska. Ale jak da mi pan szansę to ja te pieniądze panu spłacę najszybciej jak będziemy w stanie, ale nie będzie to wcześniej jak za pół roku, albo za rok. Zrobię wszystko, żeby te pieniądze panu spłacić.” I z każdym bez wyjątku się dogadałem. Każdy mi tą szansę dał, ale to był okres jak na linii frontu.

Wtedy zacząłeś biegać?

Zapytałaś się czy piłem. Gdybym nie biegał to pewnie zacząłbym pić. Zacząłem biegać zaraz po szkoleniu z Tonym. Wróciłem stamtąd z programem ćwiczenia emocji. Częścią tych ćwiczeń było to, że rano wychodziło się na spacer albo biegło. Nie lubiłem spacerów, więc pobiegłem trochę. Ale po 50 metrach już miałem zadyszkę, bo nie umiałem biegać.

Kolega powiedział mi, że mocno schudł w wyniku biegania, bo zalecił mu to lekarz i zapytałem się go jak to zrobił? Lekarz powiedział mu, że ma biegać tyle ile jest w stanie biegać z przyjemnością, a przynajmniej bez wstrętu. – Ile możesz dzisiaj przebiec kroków bez wstrętu? – Pięć. – To przebiegnij dzisiaj 5 kroków. I stopniowo to zwiększał, aż w końcu zaczął biegać maratony. Pomyślałam sobie wtedy, że chodzenie mi nie pasuje, ale w takim razie będę biegał. Moja żona, Aga to jest straszny ruchowiec, lubi się skatować np. na rowerku, a ja nie. Pytam siebie ile mogę biegać bez wstrętu. Minutę. Więc tyle przebiegłem. A potem codziennie więcej. Po miesiącu biegałem pół godziny. I Aga wtedy postanowiła, że zacznie biegać ze mną, bo rzucała palenie.

Agnieszka Bartosz-Litwińska: Pomyślałam, że ja palę, a my grosza przy duszy nie mamy i że to wstyd straszny. I postanowiłam rzucić palenie. Podobno tak jest, że jak ludzie rozstają się z jednym nałogiem to zamieniają go na inny. Postanowiłam, że tym innym nałogiem będzie bieganie. I zaczęliśmy biegać razem. Coraz więcej i więcej, teraz nawet dołączyły do nas psy. A zaczęło się to przypadkiem. Kiedyś wychodzimy razem biegać i Lara, suczka labrador, stanęła w drzwiach i nie można było jej ruszyć. No to mówię: – Weźmy ją. Na początku były bardzo nieznośne, ale za drugim razem okazało się, że tylko ze 200 m, potem już było ok. Teraz kiedy wyciągamy ubrania do biegania to jest szał radości u psów. Na początku przerażały nas ciemne ulice, ale po ok. 15 minutach wydzielają się endorfiny i człowiek zaczyna wtedy wierzyć, że jest w stanie zrobić wszystko.

 

krzysztof litwinski biganie zona z pasami
fot. arch. Krzysztof Litwiński

 

Krzysztof: Zacząłem biegać z desperacji. To była taka presja, że zrozumiałem wtedy dlaczego ludzie się upijają. Bo masz cały czas taki nacisk jakbyś miał non stop stu kilowy worek na plecach. Myślisz sobie: zrzucić to chociaż na chwilę. I na parę godzin przestają czuć. Był taki czas, że nic nam nie wychodziło w firmie, tzn. nie zatonęła, ale nic nam nie szło. Np. pojechała prezenterka do Wrocławia przedstawić program grupie 15 osób i totalnie go spieprzyła. Tam była żona mojego znajomego i powiedziała mi, że prezentacja była kompletną porażką. A mocno na to liczyłem, bo mogło spłacić komornika. Pamiętam poszliśmy z żoną biec i myślę sobie, żeby choć mały sukces się pojawił, bo nie wiem ile jestem w stanie biec pod prąd kiedy zupełnie nic nie wychodzi. Strach to jest wyobraźnia nieukierunkowana. Nie wiadomo czego się boję, ale się boję. Bieg powoduje, że stopniowo z tej wyobraźni schodzi się coraz bardziej na ziemię. Jest tylko twój oddech, twoje zmęczenie, asfalt, wilgotność powietrza, mgła. Bieg powoduje, że na pewien czas napięcie schodzi. Nie zapominasz o nim, ale jesteś „tu i teraz”. I tak się zaczęło bieganie. A teraz biegam z miłości.

?

Do żony.

Czyli jak jest bardzo ciężko to można albo się upić, albo biegać? Od czego zależy ten klik, że jedni wybierają to, a drudzy tamto?

Od decyzji. I od mądrości życiowej. Tony Robbins badał jak to się dzieje, że ludzie zmieniają swoje życie na lepsze, wychodzą z kryzysów. Fascynowało go, że ktoś chodził 10 lat na terapię i niespodziewanie pewnego dnia docierało do niego co mu dolegało i się zmieniał. Ale skoro to jest jeden moment to dlaczego nie znaleźć go od razu?

Agnieszka: To tak jak rzucałam palenie. W książce, którą czytałam było napisane, że ludzie często obiecują sobie rzucić palenie od poniedziałku, od lipca. Ale po co? Dlaczego nie teraz? Nie ma powodu do odkładania.

Krzysztof: Tony Robbins podkreśla to wielokrotnie. Swoje życie możesz zmienić w jednej chwili. Ja podjąłem decyzję, że nie będę pił, tylko będę biegał. Oczywiście nie wszyscy muszą biegać. Aktywność fizyczna ma tę zaletę, że jak się człowiek zmęczy to maleje obszar kombinowania w głowie. Maleje obszar tej nieukierunkowanej wyobraźni.

Agnieszka: Wydzielające się endorfiny są bardzo ważne. Często wymyślamy pomysły do firmy podczas lub po biegu. U mnie bieg sprawia, że mój mózg lepiej pracuje, kiedy zajmuję ciało i głowę czymś innym.

Krzysztof: To musi być wysiłek. Najgorzej jest wyjść. Ale nawet jak wracam do domu i jestem skonany, ubieram się, wychodzę i biegnę. Zmęczenie mija czasem po paru minutach, a czasem po 3 km, ale zawsze mija. Okazuje się, że w każdej sytuacji to jest kwestia decyzji. I dlatego jak mi dzisiaj ktoś mówi, że nie ma wyjścia z jakiejś sytuacji, że nie może sobie z czymś poradzić to nie ulega dla mnie żadnej wątpliwości, że on na ten moment podjął decyzję, że sobie z tym nie poradzi. Bo jak podejmie decyzję, że sobie poradzi, to sobie poradzi. To z czym myśmy sobie poradzili w tej firmie przekracza ludzką wyobraźnię.

Bieganie jest też okazją do bycia ze sobą. Nie siedzimy koło siebie każdy w swoim laptopie, albo przy telewizorze, tylko biegniemy i o czymś sobie gawędzimy.

Agnieszka: Krzysztof często mówi „nie teraz, przegadamy to na bieganiu”.

Krzysztof: Te lata pracy na swoim dały mi więcej doświadczenia życiowego i zawodowego niż wszystko co wcześniej robiłem. Ta firma została zbudowana ciężką pracą, systematycznością i konsekwentnym zmierzaniem do celu. To się nie „udało”, to zostało świadomie zbudowane. Dzisiaj jest mocna finansowo. W porównaniu do innych szkół językowych w Polsce jesteśmy jednymi z najsilniejszych, bez dwóch zdań. Nikt nie ma takich klientów, nikt nie ma takiego produktu, chociaż imitują, opakowują, żeby wyglądało tak jak nasze. Ale nikt nie jest w stanie dać takich rezultatów swoim klientom jak my. To jest efekt mrówczej pracy dzień po dniu. Gdyby ktoś mi się zapytał o jedną rzecz, która była tutaj decydująca to powiedziałbym – moja determinacja. Nie ma takiej siły, żeby mnie coś zatrzymało.

Zdecydowałeś się na to, bo nie miałeś pieniędzy, jesteś wytrwały, znasz narzędzia. Czy coś jeszcze?

Tak. Po czwarte pomaganie ludziom, co jest dla mnie bardzo istotne. Gdyby któregoś z tych elementów zabrakło to pewnie by się to nie udało, ale najważniejsze co mi daje energię to wizja, że tworzę coś niesamowitego. Jak fajnie, że o tym rozmawiamy. Nigdy tak na swoje życie nie patrzyłem, ale widzę pewną logikę w tym wszystkim. Zmienianie życia ludzi na lepsze i tworzenie swojej niezależności. To jest dla mnie przesłanie dla ludzi z korporacji: bałbym się dziś pójść do pracy do kogoś. Poczucie bezpieczeństwa czerpię z tego, że ono zależy tylko ode mnie. Tu wiele rzeczy może się wydarzyć, są urzędy, są klienci, ale ja jestem w środku tych wydarzeń. To ja je kreuję, reaguję na to co się dzieje, więc moje poczucie bezpieczeństwa czerpię dzisiaj ze świadomości, że ja jestem głównym sterującym. Wiem, że zawsze dam sobie radę, najwyżej będzie przez jakiś czas trudno.

Obecne pokolenie jest pierwszym, które będzie się uczyło całe życie. Dzisiaj już nie można kogoś nauczyć czegoś, dzisiaj już tylko można uczyć jak się uczyć, jak rozwijać. I tym chcę zajmować się przez resztę życia.

Co byś powiedział ludziom na zakręcie zawodowym?

Mnie uratował brak wyjścia.

A z drugiej strony wytrwałość…

Ja bym im poradził, żeby popatrzyli wstecz na swoje życie i zdali sobie sprawę, że ich obecna sytuacja nie była zawsze i nie będzie trwała zawsze. Ludzie tracą nadzieję kiedy wydaje im się, że ich trudne położenie dotyka wszystkich sfer ich życia i już się nigdy nie zmieni. Rok, dwa, 5 lat temu nie byłeś w takiej sytuacji. I za 5 lat też nie musisz być. Jak na to popatrzą to zobaczą jakiś kierunek działania. Dziś już tak nie mam, ale wtedy kiedy czułem się jak w pułapce myślałem, że tak będzie zawsze. Że zawsze będę miał pracę, której za bardzo nie lubię, ale nie będę mógł jej zostawić, rodzinę gdzie mam więcej napięć niż czegoś innego i tak będę w tym tkwił, zawieszony jak w kokonie.

Skąd wziął się pomysł szkolenia o rozwijaniu swoich talentów, na którym się poznaliśmy?

Temat pojawił się w ramach Brian Tracy International, firmy, której byłem w pewnym momencie współwłaścicielem. Współpracowaliśmy z ludźmi, którzy tym się zajmowali. Tak jak kiedyś zarządzanie czasem tak teraz odkryłem, że można zarządzać talentami. Że to jest bardzo ważne, pomaga ludziom w życiu i zaobserwowałem, że można świadomie się tego uczyć.

Dostrzegłeś, że w tych nieruchomościach było ci tak trudno, a kiedy tłumaczyłeś samo płynęło?

Jak przeczytałem książkę Buckinghama, Teraz odkryj swoje silne strony, to zobaczyłem siebie. Zrobiłem test talentów Gallupa i byłem bardzo rozczarowany wynikami. Spodziewałem się, że wyjdą mi takie talenty jak dowodzenie, strateg, takie męskie, menedżerskie, a tu powychodziły jakieś same interpersonalne jak osiąganie, uczenie się, empatia. Ale zobaczyłem prawdziwość tego co Buckingham pisał, że my mamy talenty, których nie doceniamy. To co w życiu nam wychodzi to dlatego, że sięgamy do naszych naturalnych talentów. Ja byłem genialnym pomostem między kulturami, bo kiedy ludzie rozmawiali czułem o co im chodzi (…)

Kiedy byłoby najlepiej dla człowieka, żeby spotkał się taką wiedzą, z takim testem?

Wtedy kiedy zadaje sobie pytanie: „Co powinienem w życiu robić?” Nie kiedy pyta go mama. W obojętnie jakim wieku. Widzę, że w różnym wieku różnie to bywa. Znam ludzi, którzy mają 26-27 lat i nie zadają sobie w ogóle pytań co będą robić za 2, 5 lat. Wystarczy, że sobie siedzą i grają w gry komputerowe. I to wcale nie są głupi ludzie. Ale oni nie zadają sobie takich pytań. Taki człowiek posłany np. na szkolenie Tony Robbinsa, który jest niesamowitym doświadczeniem zmieniającym życie, po tygodniu wróci do swoich starych przyzwyczajeń. Dlatego wiem, że nie należy wysyłać wszystkich ludzi na szkolenia, tylko robić to wtedy kiedy są gotowi. Moim zdaniem każdy człowiek powinien mieć szansę zetknięcia się z nowoczesnym badaniem talentów i co z tego wynika w momencie kiedy zadaje sobie pytanie: Co ja mogę, powinienem w życiu robić?

To może być w klasie maturalnej, na koniec studiów, w wieku 30, albo 40 lat?

Tak, albo w wieku 50 lat po zawale serca. Metryka nie ma znaczenia, ważny jest ten odpowiedni etap w życiu. Na pewno warto, żeby świadomi rodzice dawali swoim dorastającym dzieciom do zrobienia ten test i nie stawiali potem oczekiwań, które nie są dla nich. Jak ktoś ma takie talenty jak ja miałem: empatia, bliskość, a oboje rodzice są bankowcami i chcą, żeby ich dziecko było analitykiem, to niech po teście przynajmniej wiedzą, że od tego człowieka nie można tego oczekiwać. I niech się nie stresują, że spędza czas grając na gitarze, bo być może będzie to jego przyszłość.

Po tym wszystkim co mi opowiedziałeś jak się dzisiaj, w wieku 57 lat ze sobą czujesz?

Że mam 57 lat to wiem z kalendarza. Mam wrażenie, że moje życie zaczęło się dopiero parę lat temu. Nie mogę się doczekać następnego dnia, tygodnia, miesiąca. Jestem bardzo podekscytowany tym co mnie czeka w nadchodzących latach, w tym biznesie, który sobie wymyśliłem. Długi czas do niego dojrzewałem i dokładnie wiem co chcę zrobić. Dokładnie doszlifowałem jak prowadzić biznes. *mowa o mogewszystko.pl

 

Krzysztof Litwiński, tłumacz prezydentów
fot. arch. Krzysztof Litwiński

Obojętnie, o której budzik zadzwoni wstajesz chętnie?

Nie, wstaję tak jak każdy. Uwielbiam leżeć w łóżku, uwielbiam spać. Mamy 2 duże psy, które przychodzą z nami spać, więc czasem jak się budzę i mam obok ciepły łeb to w ogóle nie chce się wstawać, ale nic bym w moim życiu nie zmienił.

Co myślisz o spisaniu w książkę takich historii jak twoja? Jakieś rekomendacje?

Rób w tej książce to co czujesz, gdzie chciałabyś pójść. Trzeba działać, odpalić, a potem dostosowywać. Nie ma co całe życie robić założeń. Bo może na końcu wyjść coś innego niż pomysł, z którym zaczynałaś. Słuchaj siebie. Gdzie ta książka, te rozmowy cię zaprowadzą, jaki procent dnia poświęciłaś na pracę nad nią?

Cudownie się Was słuchało. Dziękuję bardzo i niech ta historia idzie w świat!

PS. Wywiad ma oryginalnie 52 strony. W książce pojawi się w szerszym zakresie 🙂